Kategorie: Wszystkie | kuchnia | uroda, pielęgnacja | wszystkie
RSS
czwartek, 29 listopada 2012

DKNY - Donna Karan New York  to stosunkowo młoda marka, gdyż na rynku pojawiła sie w 1988r. Jej sztandarowym produktem sa zegarki, ale ja zakochałam się w jej perfumach.

Miało to miejsce 5 lat temu i trwa do dziś. To do mnie zupełnie niepodobne, ale pozostaję wierna moim perfumom przez te wszystkie lata bez "skoków w bok". Mam tu oczywiście na myśli wierność marce DKNY, bo zapachy jednak czasem sie zmieniają., bo przecież ja ciągle czegoś nowego szukam, za czymś gonię...

\Zaczęło sie od klasyka gatunku, czyli DKNY Be Delicious - cudny zapach zamknięty w okrągłym flakoniku, charakterystycznym dla tej linii "jabłuszku". Wstyd sie przyznać, ale za pierwszym razem miałam problem, jak sie do niego dobrać, żeby jakoś go niepotrzebnie nie rozbroić...Ale ja juz tak mam.

Zapach urzekł mnie swoją świeżością i lekkością, choć podkreślenia wymaga, że jest on bardzo trwały, podobnie jak inne zapachy DKNY, przynajmniej te, które miałam na swojej skórze;

Jest to zapach rześki, pobudzający do działania. Owocowo - kwiatowy, zainspirowany zapachem jabłek. Czułam sie z nim niczym bohaterka "Seksu w wielkim mieście" spacerująca ulicami Manhattanu, ale niekoniecznie  z zamiarem polowania na facetów. Jeden mi całkowicie wystarczy...

Używałam i nadal używam tego zapachu namiętnie flakonik za flakonikiem, przez okrągły rok, choć moim zdaniem najlepiej pachnie wiosną.

 

Pewnego lata postanowiłam jednak spróbować czegoś innego, i to w dodatku z innej, nie "jabłuszkowej" serii. Kupiłam sobie zapach DKNY Pure - nawet buteleczka była inna, taki "normalny" flakonik. Kompozycja tego zapachu składa się z:

- jaśminu i drzewa sandałowego,

- frezji, ambry i lotosu,

- orchidei

Zapach jest naprawdę śliczny, nieskomplikowany i bardzo, bardzo delikatny, choć trwały. Dla mnie chyba zbyt delikatny, brakowało mu zdecydowanie drobnego "pazurka".

 

W ubiegłym roku odkryłam natomiast zapach DKNY Golden Delicious, którego to uzywam obecnie na zmianę z Be Delicous. Obydwa zapachy kupiłam wiosną tego roku w Sephorze w ramach promocji 2 in 1. Zapłaciłam za te dwa 30 ml flakoniki 169 zł.



Golden Delicious jest zapachem owocowo-kwiatowym z nutą drzewną. Pierwsze słowo, jakie przychodzi mi na myśl w stosunku do nmiego to "ciepły". Otulam sie nim jak ciepłym szalem, który  przy pierwszym zetknięciu z moja skóra pachnie soczystym, złotym jabłkiem, połączonym z aromatem słodkiej śliwki i kwiatem pomarańczy.  W nucie serca pojawia się lilia, róża, orchidea i konwalia. A na koniec zapach nasyca sie aromatem zmysłowego piżma i drzewa...

 

Oto moje ulubione perfumy. Nie mam całej kolekcji, zapachów na różne pory roku, pory dnia i okazje. Wiem, co mi sie podoba w danym okresie mojego zycia i tego sie trzymam. Jednak juz sobie planuję, który z zapachów DKNY wypróbować w następnej kolejności...

 

A może któraś z Was używa perfum tej marki i miałaby jakąś opinię na temat? Proszę, podziel sie tym ze mną. Chętnie poznam miłośniczki DKNY.





wtorek, 27 listopada 2012

Ja chyba dziecinna jakaś jestem, ale ta cała sprawa z nagrodą ogromnie mnie ekscytowała. Moze dlatego, że ja nie mam szczęścia do nagród i rzadko udaje mi się dostac coś za "free". Chociaż w tym przypadku zwycięzcy konkursu nie zostali wyłonieni w drodze losowania. bo wtedy na prwno nie miałabym szans, ale trzeba było wykonać zadanie konkursowe, i może stad moja satysfakcja, ze znalazłam się w gronie 200 laureatów, którzy to zadanie wykonali najlepiej.

Wracając do procedury odbioru nagrody. W piątek wieczorem dostałam maila od Portalu Rossnet, iż moja nagroda dotarła do wskazanej przeze mnie drogerii i jest gotowa do odbioru - będzie tam na mnie czekać przez 21 dni roboczych. Przy pierwszej okazji, jaka nadazyła się w poniedziałek, czyli wczoraj, pobiegłam do mojego Rossmanna. No moze przesadziłam z tym "biegiem" - po prostu dostojnie pokuśtykałam. Nagroda czekała gotowa do odbioru, zapakowana w wielką kopertę. A w środku były cztery produkty, może nie jakieś ekskluzywne, ale bardzo praktyczne w codziennej pielęgnacji.

 

 

Od lewej są to płatki peelingujące, płatki kosmetyczne z aloesem, pianka oczyszczająca do twarzy oraz płyn do demakijazu oczu.

Dzczególnie zainteresowały mnie te płatki peelingujące LILIBE. Już je wypróbowałam oczywiście. Zwilżona twarz pocierałam sporej wielkości płatkiem i rzeczywiście czułam jego peelingujące właściwości. Naprawdę fajne, pod warunkiem, że ktoś nie ma cery wrażliwej lub naczynkowej, ale mi na szczęście służą dobrze. Rzecz jasna nie będę ich używać codziennie, gdyz nie zamierzam oskalpować sobie buzi.

I jeszcze jedno...Pomimo całej sympatii do Rossmanna liczę juz dni do zdjęcia tego okropnego buta (obiecuję fotkę), co nastąpi zapewne gdzies za 2 tygodnie, po ostatniej, mam nadzieję, wizycie kontrolnej u lekarza. A wtedy ruszę w świat, wolna i swobodna, poszerzać swoje horyzonty shoppingowe...

piątek, 23 listopada 2012

Potrzebowałam pudru transparentnego, takiego do wykończenia makijażu. Potrzeba ta narastała we mnie od kilku tygodni. Oczekiwania miałam konkretnie sprecyzowane:

- puder transparentny, dostosowujący się do koloru podkładu,

- bez silnego krycia, lekki - żadnego "efektu maski",

- najlepiej sypki

 

Dla wyjaśnienia dodam, że w ostatnim czasie używałam pudru prasowanego z Sephory. Na początku był OK, ale nie wiem, co się stało, bo nagle zrobił się dla mnie za ciemny.

Prawdziwą katuszą jest dla mnie dobieranie odcienia pudru, jeśli występuje on w różnych wersjach kolorystycznych. Jednego jestem pewna - żadnych opalonych i ciemnych wersji, ale nie może być też przecież za jasny. Dlatego marzy mi się coś uniwersalnego, co nie będzie nadawać mojej twarzy intensywnego kolorytu - od tego mam podkład.

 

Odpowiedzią na moje poszukiwania zdawała się być oferta wysyłkowa z Yves Rocher. Wśród propozycji  - rozświetlający puder w kulkach, wersja świąteczna, limitowana, co jak się później okaże, stanowiło haczyk, a nawet spory hak. Kuleczki znajdowały się w ładnym pudełeczku, miały nadawać cerze świeży, promienny wygląd, stanowić doskonałe wykończenie makijażu. Spodobał mi się, poza tym zawsze chciałam wypróbować takie kuleczki. Wyobrażałam sobie, że za ich pomocą można stworzyć ciekawa "rzeźbę" twarzy. Cena - 34,50zł. Złożyłam zamówienie, także na kilka innych kosmetyków, i czekałam bardzo cierpliwie przez 3 tygodnie! Po tym czasie dostałam paczkę, ale bez mojego pudru - od razu domyśliłam się, że coś nie tak, bo koszt przesyłki - pobraniowej oczywiście - okazał się niższy od przewidywanego. Firma bardzo mnie przepraszała, ale zapasy im się w danym momencie wyczerpały i w ramach przeprosin dostałam GRATIS mleczko do ciała Malina oraz maseczkę z nagietkiem błyskawicznie przywracającą blask cerze.

 

A ja dalej bez pudru...

Zaczęłam więc szperać w Inernecie - czytać recenzje, opinie, artykuły...

Przez chwilę zafascynował mnie puder rtżowy. Taki produkt ma w swej ofercie Kryolan i Mariza. Jednak okazało się, Ze to puder o silnym działaniu matującym, zbierajacy nadmiar sedum, głównie dla cer tłustych - a ja nie mam takiej, tylko mi się nos czasem świeci i kilka pryszczy na brodzie może wyskoczyć.

 

W końcu mnie te poszukiwania w sieci znużyły. Jak tylko coś znalazłam ciekawego, to zaraz natrafiałam na jakąś negatywna opinię o tym profukcie, a mój puder musiał być przecież bez zadnej wady.

 

I co zrobiła? Korzystając z poprawy stanu nogi udałam się do ...drogerii na literę :R:, gdzie w dniach 22-28 listopada jest promocja - 40 % na wszystkie kosmetyki do makijażu, czyli pudry też. Stałam przez chwilę jak urzeczona przed szafami z bajecznie kolorowymi lakierami do paznokci (moja słabostka!), szminkami, różami i innymi cudami oraz pudrami w wielu odcieniach, sypkimi i w kamieniu...

Poprosiłam o pomoc miłą panią z drogerii i wspólnymi siłami dokonałyśmy wyboru. Był to pierwszy puder, jaki zaproponowała, a ja wiedziałam, że to ON.

 

 

puder transparentny sypki Max Factor

 

Na pewno nie jest idealny, ale wiem, że dobrze sie sprawdzi, bo juz kiedyś, w dawnych czasach, namiętnie go uzywałam.

Wróciły wspomnienia tamtych czasów, dobrych czasów i zobaczyłam siebie: pełna energii dziewczyna ze smokey eyes, bladoróżowymi ustami, z twarzą muśniętą pudrem Max Factor. Z ogromną wiarą, że "mogę wszystko", kołysząc się na niebotycznych obcasach podążałam ku upragnionym celom. Zamyśliłam się i do rzeczywistości przywrócił mnie pytajacy wzrok ekspedientki. Kupiłam mój puder, zapłaciłam za niego w promocji ok. 36 zł, normalna jego cena to ok. 60 zł.

 

Przez pozostałą część dnia byłam w melancholijnym nastroju. Zatęskniłam za przeszłością. Chciałam mieć coś z tamtej dziewczyny. Na razie niech to będzie puder...

środa, 21 listopada 2012

Wczoraj dostałam maila z portalu Rossnet,pl z powiadomieniem, Ze wygrałam nagrodę w konkursie "Uwolnij skórę od zanieczyszczeń z markami ALTERRA, RIVAL DE LOOP, SYNERGEN ORAZ LILIBE". 

Konkur został zakończony miesiąc temu i zapomniałam o nim zupełnie - niespodzianka była tym większa! Nie zdziwiłam się jednak tak bardzo, gdyż ja biorę udział w prawie wszystkich konkursach na tym portalu, no może nie w tych o pielęgnacji niemowląt i tak jak teraz w listopadzie, skierowanych do mężczyzn. No tak, równouprawnienie...

 

Naczytałam się różnych opinii na temat "rossmannowskich" konkursów. Były też wypowiedzi tej treści, że to wszystko "ściema", a wśród laureatów powtarzaja się ciągle te same nazwiska i to w dodatku pewnie wymyślone. Nie zgadzam się z tym. Może po prostu ktoś ma szczęście i wygrywa w wielu konkursach? Ja do tej pory zdobyłam dwa kupony rabatowe na zakupy w Rossmannie: na tabletki Somat do zmywarki oraz kapsułki Persil do prania w pralce. I moja ostatnia nagroda - zestaw kosmetyków: RIVAL DE LOOP pianka oczyszczająca, RIVAL DE LOOP płyn do demakijażu oczu, LILIBE płatki do peelingu oraz również tej samej marki płatki kosmetyczne z aloesem. Nie znam tych produktów i chętnie ich spróbuję, nie wiem tylko, kiedy to nastąpi. Podobno mam czekać na wiadomość, kiedy nagroda dotrze do wybranej przeze mnie drogerii i będzie można ją odebrać. I może tu zaczną się schody...Znając moje "szczęście" to pewnie się zgubi albo w ogóle okaze się, że mi nie przysługuje, choć wyraźnie na liście laureatów jestem. A może w końcu za kilka miesięcy trafi ona do mnie. I będę mieć drugą miłą  niespodziankę, bo zdążę juz o niej zapomnieć...

Jakieś czarnowidztwo nachodzi mnie w ten ponury listopadowy poranek.

 

Na koniec coś optymistycznego - dla mnie - chyba ktoś tu jednak zagląda. To miłe.

Mam trochę zawirowań w życiu, ale jak tylko to wszystko sobie ogarnę, poprascuje nad moim blogiem. A blog marzy mi sie taki piękny...Z recenzjami, nowymi kosmetykami, jakimiś inspirującymi przepisami na różne rzeczy, nie tylko spożywcze...

sobota, 17 listopada 2012

Witajcie w ten słoneczny listopadowy dzień! Wiem, że tu nikt nie zagląda, ale piszę sama dla siebie, żeby utrwalic różne chwile z mojego życia.

Wczoraj na przykład był prawdziwy "GIFT DAY:. Odwiedziło mnie dwóch kurierów: pierwszy przywiózł zamówionego GLOSSYBOXA,  a drugi niespodziankę - zaległą nagrodę z czasopisna "SAMO ZDROWIE"!

Najpierw zajęłam się moim "pudełeczkiem". Opakowane ślicznie jak zawsze. Zawartość tak mniej więcej odgadywałam, choć co do niektórych produktów nie byłam pewna. Wiedziałam jednak, że musi tam być woda perfumowana Chloe, dla której zamówiłam boxa, z myślą o mojej mamie, która kocha ten zapach. I była, i jeszcze 4 inne kosmetyki.

 

 

Na zdjęciu brakuje już miniaturki Chloe (5 ml), gdyz od razu powędrowała do mojej mamy, która szybko schowała ją do torebki, uśmiechając się przy tym, jak mała dziewczynka do nowej lalki. Uśmiech na twarzy mojej zwykle zatroskanej mamusi - bezcenne. Przeciez nie pojadę do niej, żeby sfotografować małą Chloe! Powinna wystarczyć ulotka o perfumach tej marki. Juz i tak całe pudełeczko nasiąkło tym ślicznym zapachem...

 

Moja miniaturka jest klasyczną wersją Chloe, chyba najlepszą. Jak wszystkie zapachy tej marki bazuje na różanej nucie, jednakże jest to dla mnie nieprawdobodobne, bo zarówno ja jak i moja mama nie lubimy różanych zapaszków. Chloe robi coś nieprawdobodnego z ta różą. Zapach jest słodki, lekko pudrowy, ale nie męczący czy mdlący. Ma w sobie rześkość różanego ogrodu o poranku, skąpanego w rosie, orzeźwiającego, a jednocześnie otulającego czymś słodkim, ciepłym...  Oprócz róży wyczuwalna jest magnolia, peonia, amber i drzewo cedrowe.

Cena pełnowymiarowego produktu 230zł/30 ml,  320 zł/50ml

Myślę, że warto kupić, jeśli ktoś zakocha się w tym zapachu. Dodam jeszcze, że trwałość bez zarzutu. Delikatna nuta utrzymuje się przez cały dzień.

 

Kolejne cztery produkty to dla mnie zupełna nowość i mogę Wam o nich napisać tylko tyle, co wyczytałam z karty informacyjnej GLOSSYBOX.

 

CASHMERE  Utrwalająca baza pod cienie\Dostałam produkt pełnowymiarowy 7g. Jego cena to 27 zł. To nie tak dużo, a produkt zapowiada sie obiecująco - ma wygładzać skóre na powiekach, wyrównywać koloryt i utrwalać makijaż oka nawet do 15 godzin.

 

GLYSKINCARE  Hydrating Eye Cream EyePro 3* Compleź

czyli mój wymarzony krem pod oczy. Też pełnowymiarowy produkt - 15ml/40 zł.

 Krem ma robić to, czego własnie oczekuję od takiego kosmetyku - zmniejszać opuchliznę i redukować cienie pod oczami poprzez poprawę mikrocyrkulacji. Nie mogę się doczekać, kiedy zacznę go testować, ale najpierw muszę skończyć mój obecny specyfik.

 

 

HAPPYMORE SKIN CARE HappyMore BB

 

bardzo miniaturowa miniaturka - to ten najmniejszy produkt na zdjęciu.

Cena pełnowymiarowego trochę odstrasza - 203zł/30ml

Żeby mi sie tylko za bardzo nie spodobał! To już mój drugi krem BB. Teraz używam z Yves Rocher. Chętnie je porównam.

Skład ma dobry, bo zawiera kwas hialuronowy, ekstrakt z dzikiej róży i naturalny filtr przeciwsłoneczny. Moze być stosowany jako podkład.

 

 

LIERAC Luminescence Serum

 

czyli po prostu serum rozświetlające do twarzy. Kosmetyk z gatunku fanaberii. Na pewno nie kupiłabym pełnowartościowego prodyktu - 246zł/30nl! I jaki "cud" moze on z moją twarzą uczynić? Przekonam się, czy wydobędzie "wewnętrzne światło" z mojej skóry, jak obiecuje.

 

To tyle o GLOSSYBOX. Aha, dodam jeszcze, że zamówiłam sobie pakiet trzymiesięczny za 132zł, co daje 44 zł za pudełko. Myślę, że warto. Opłaca się to ze względu na wartość otrzymywanych produktów i możliwość poznania kosmetyków ekskluzywnych, których nie kupiłybyśmy w pełnym wymiarze. A radość przy otwieraniu pudełka - bezcenna.

 

PS.

W pudełku był jeszcze kupon z kodem rabatowym na 20% na zakupy w sklepie inernetowym answear.

 

 

 

A teraz moja duma - nagroda z kwartalnika "SAMO ZDROWIE". Szkoda, że zrezygnowali z tych konkursów, w których wystarczyło wysłać sms-a z odpowiednim hasłem przypisanym do określonej nagrody fundowanej przez sponsora i można było wygrać naprawdę fajne rzeczy. Ja kiedyś wygrałam książkę o odchudzaniu, a teraz zestaw kosmetyków naturalnych ńatura Officinalis: balsam do ciała i masło do ciała.

 

 

Obydwa produkty są naturalne i bardzo ekologiczne, począwszy od opakowania - są w szklanych słoikach, a papier wygląda na wyprodukowany z makulatury. W 98% zawieraja składniki naturalne. Nie zawierają: parabenów, kompozycji zapachowych, które często uczulają, a także sztucznych barwników i silikonów. Marzenie! Już się nie mogę doczekać, az zacznę sie nimi smarować, ale najpierw muszę skończyć moje masło kakaowe.

 

Tym miłym akcentem kończę mój wpis.

 

 

 



środa, 14 listopada 2012

Chociaż to już połowa miesiąca, ja dopiero pierwszy raz "wyrwałam się" do Rossmanna. Może dziwicie się, dlaczego ciągle ten Rossmann. Po prostu to najbliżej mojego domu położona drogeria. Inna sprawa, Ze lubię tam kupować.

Kupiłam kilka rzeczy codziennego użytku, nic takiego, czym mozna by sie chwalić na blogu, ale też 3 kosmetyki, których zakup po prostu sprawił mi przyjemność.

 

Zacznę może od produktów Rival de Loop, dostępnych tylko w Rossmannie. Ja odkryłam te produktyzaglądajac na różne portale tzw. kobiece, gdzie dziewczyny zachwycały się jakimiś ampułkami z Rossmanna. Nigdy wcześniej nie zwracałam uwagi na te ampułki. W ubiegłym miesiącu zakupiłam na próbę opakowanie niebieskich kapsułek Hydro. Zachęciła mnie cena - 7 kapsułek wystarczajacych na tygodniową kurację kosztowało 5 zł z groszami.

 

Nie będę rozpływać się nad tym produktem , bo nie chcę powielać opinii już wyrażonych na rozmaitych forach, blogach i filmikach, ale są naprawdę fajne! Ja stosowałam je codziennie przez tydzień, wieczorem na oczyszczoną skórę i później już nie nakładałam żadnego kremu na noc. Trochę przeraziła mnie oleista konsystencja tego specyfiku, ale ładnie sie wchłonął, nie pobrudził mi poduszki, a rano buzia była gładziutka, bez śladów tłustości. Po całej kuracji rzeczywiście odczułam różnicę, nie tylko w dotyku - skóra miękka, gładka, jak brzoskwinka, ale też moja twarz wyglądała jakoś tak...zdrowiej, bardziej promiennie.

Ampułki Hydro zawieraja witaminę E oraz ekstrakt z miłorzębu japońskiego (ginko).

 

Zachęcona ich skutecznościa wczoraj kupiłam powyższy produkt ponownie, a na dodatek skusiłam się tez na złociste  ampułki  -tygodniową kurację Anti -Age z witaminami A, E i F. Obydwie kosztowały niecałe 6 zł, nie pamiętam dokładnie, a paragony wyrzucam zaraz po wejściu do domu.

 

Jakiegoś spektakularnego efektu odmłodzenia się nie spodziewam, zresztą tak za bardzo pomarszczona to nie jestem, ale mam nadzieję, że kuracja ta będzie równie przyjemna jak poprzednia i zregeneruje trochę moją cerę, bezlitośnie traktowaną mydłem siarkowym. Ale wyprysków nie ma !!!

 

Kupiłam również peeling enzymatyczny Lirene w saszetce za 2,15 zł.



 

 Peeling enzymatyczny to też osobna historia/ Naczytałam sie na ten temat i nabrałam ochoty na jego wypróbowanie. Mam jednak pewne obawy, wątpliwości. Czy mnie nie podrażni? Może będę czerwona na twarzy jak piwonią? A jak mi wypali skórę? Kusił mnie jednak, bo lubie mieć dobrze oczyszczona twarz i od czasu do czasu pozbyć sie martwego naskórka.  Stosuję zatem zwykłe peelingi z drobinkami, ale czuję, że "szorują" mi twarz, co samo w sobie nie jest przyjemne. Poza tym chwile po zastosowaniu peelingu moja twarz zaczyna się świecić i wyraxnie wyczuwam na niej tłusta powłokę. Wydaje mi się wtedy, że moja buzia jest po prostu brudna, nieświeża...

Nie wiem, czego spodziewać sie po peelingu enzymatycznym.  Podobno ma złuszczać obumarły naskórek i usunąć wszelkie zanieczyszczenia  ze skóry.  Wystarczy nałożyc go na twarz i pozostawić na kilka minut i spłukać ciepłą wodą - nie wymaga tarcia, dlatego moze byc stosowany do każdego typu skóry, a zatem nawet do tej wrażliwej. Hmmm... Jak przećwiczę, to nie omieszkam sie podzielić wrazeniami.

Siedziałam sobie w niedzielne popołudnie - nie dość, że niedziela, to jeszcze święto Niepodległości, a zatem trzeba to jakość uczcić. Nie miałam pomysłu, zabrałam sie więc za malowanie paznokci, używajac do tego mojego najnowszego lakieru z firmy AVON - nie wiem, z jakiej serii, bo na buteleczce jest tylko napis :"nailwear pro". Ale co jest najważniejsze - spójrzcie same...

Tak, to kolor "lavender"! Znalazłam go na Allegro, kosztował chyba 8,90 zł. Nie wiem, jaka jest cena katalogowa. Aha, jest to spora buteleczka, bo ma 12 ml pojemności.

Na paznokciach wygląda ślicznie, Nie pokażę  Wam zdjęcia mojej dłoni, bo nie jestem zbyt fachową manikiurzystką. W normalnych warunkach raz w miesiącu chodzę do mojej Julki z paznokciami. Teraz z powodu kontuzbj zaniedbałam się i bardzo, ale to bardzo potrzebuję mojej osobistej kosmetyczki - i moje paznokcie tez za nia tęsknią...

Do malowania paznokci jeszcze kiedyś nawiążę. Zmierzam jednak do sedna. Otóż po upiększeniu siebie pomyślałam, że czas jakoś odmienić ten mój siermiężnych, trochę bez wyrazu blog. Poszperałam w szablonach i znalazłam coś, co pasuje do tej mojej pisaniny. Bardzo lubię ten nowy image mojego bloga i dziękuję bardzo autorowi (autorce) za fajny pomysł. Szablony naprawdę warte uwagi!

A jak Wam się podoba? Jeżeli wogóle ktoś jeszcze mnie odwiedza!

sobota, 10 listopada 2012

Wspomniałam chyba ostatnio, że  zostałam wybrana do przetestowania kremu do rąk w Klubie Ekspertek na ofeminin.pl? To nieprawdopodobne, bo ja raczej nie mam takiego szczęścia, żeby mnie gdzieś wybrali albo dali cos za darmo. Dostałam przesyłkę zawierającą pełnowymiarowy krem do rąk z masłem shea marki L'Occitane, czyli taki z tych "lepszych" kosmetyków. Jednocześnie dostałam maila z portalu zawierającego linka do ankiety na temat tego produktu. Należało odpowiedzieć na kilka pytań i krótko wyrazić swoją opinię o testowanym kosmetyku.

Ja nie będę zdradzać, co napisałam i czy polecam ten krem. Dyplomatycznie napiszę, że w dalszym ciągu szukam i jestem otwarta na nowe produkty do rąk. Opis kremu, jak też opinie ekspertek możecie przeczytać na ofeminin.pl.

 

Powinnam to napisać na samym początku - kiedyś miałam okropną awersję do stosowania kremów do rąk. Cały czas wydawało mi się, że po ich zastosowaniu mam brudne ręce, wszystko mi sie do nich klei i pozostawiam tłuste ślady na dotykanych przedmiotach. Kiedy jednak z upływem lat zobaczyłam, jak szorstka, wyschnięta, wręcz "papierowa" staje się skóra na moich ładnych kształtem dłoniach, postanowiłam przemóc się, zacisnąć zęby i wcierać.

 

Niemniej jednak bardzo jestem wybredna. Kremy do rąk zmieniam częściej niz rękawiczki. Nie pamiętam już, ile i jakie stosowałam. Może zatem dobrym sposobem jest testowanie i zapisywanie swoich spostrzezeń na blogu w formie minirecenzji?

 

Na początku sezonu jesiennego popełniłam pewne szaleństwo zakupowe w temacie: krem do rąk. Zupełne szaleństwo! Absolutnie nie w moim stylu. Buszując sobie w czasie pierwszej wizyty, po strawberrynet, wpadłam na pomysł zakupienia jakiegoś ekskluzywnego kremu do rąk. Pomysł absurdalny, skoro takie kremy można dostać w drogerii za 5 zł, a na strawberry, nawet w promocji, ceny kształtują się za taki kosmetyk na poziomie kilkudziesięciu złotych. Ja jednak w odpływie zdrowego rozsądku wrzuciłam taki kremik do koszyka. A moja frajda po otrzymaniu paczki z zamówieniem była bezcenna.

Oto i on:

 

Zdjęcie nie oddaje urody tej tubki.

CASWELL - MASSEY

aLMOND & aLOE

hand cream with silk

 

 

Kremik ślicznie pachnie migdałami. Zapach jest delikatny, nienatrętny i ulatnia się po odpowiednim czasie.

Konsystencja gładka, jedwabista. Po aplikacji na dłoniach mam poczucie jedwabistej gładkości. Krem ładnie sie wchłania i nie lepi rąk. Niestety, jego działanie jest krótkotrwałe. Pomimo tego, że stosowałam go kilka razy dziennie - dla samej przyjemności, jaka sprawiało mi wmasowywanie go w skórę dłoni, to jednak nie poprawił on stanu moich rąk. Jak były przesuszone i spierzchnięte, tak pozostały. Ulga następowała jedynie na tych kilkanaście minut po aplikacji kremu. Musiałabym chyba przez cały dzień masować nim dłonie! Mam też inne rzeczy do zrobienia, a ponadto w tym tempie nie nadążyłabym z dostawą, pomimo że jest wydajny. Jednak ta cena! No dobrze, przyznam się Za tubkę 75 ml zapłaciłam ponad 40 zł.

 

Moim kolejnym nabytkiem jest krem do rąk AVON Planet SPA z serii Minerały Morza martwego

 

Tym razem za 75 ml zapłaciłam 9,99 zł!

Co za ulga dla kieszeni!

Krem oceniam naprawdę bardzo dobrze. Ma przyjemną konsystencję, Latwo się wchłania i nie pozostawia uczucia tłustości na rękach. Jest wydajny, ma dobrą cenę. Ale zawsze musi byc to "ale"...Jego woń! Może to tylko ja odczuwam ten zapach jako nieprzyjemny, może inne osoby sa nim zachwycone, ale dla mnie jest to  zapamiętany z dzieciństwa zapach wody kolońskiej mojego dziadka, która obficie zlewał sie każdego ranka. Może ten zapach w zamysle jego twórców miał taki być - orzeźwiający, morski... Moim zdaniem jest on jednak zbyt intensywny i...męski.

 

Szukam nadal mojego ideału. A może ktoś z Was podrzuci jakies propozycje do przetestowania?

czwartek, 08 listopada 2012

e dawnoWogól nie pisałam i brakowało mi tego, bo sie wciągnęłam.

Ale nie potrafię się skupić i zebrać myśli, kiedy mam zepsuty samochód. Nie korzystam wprawdzie z niego teraz jako kierowca, poza tym mamy drugi, ale sama świadomość zepsutego sprzętu jest dla mnie przygnębiajaca.

Wszystko przez tę elektronikę - zepsuje się bzdet, a samochodu nie da sie uruchomić, bo coś wyje i piszczy. I kazdy mechanik ma swoja teorię i ...cennik.

Ja wolę prostotę i jesli o tym mowa, to moze sięgniemu do takich prostych, naturalnych sposobów pielęgnacji?

Pamiętacie - lavo, lavare (łac.) kąpać się? A zatem od takiej przyjemnej kąpieli zaczniemy. Niech nasze łazienki zamienia sie w kwieciste ogrody, a dokładnie w pole lawendy gdzies w Prowansji...Tam rośnie prawdziwa lawenda, z której robi się cudownie pachnące olejki eteryczne, one na pewno nie pachną jak tani odświeżacz powietrza.

Ad rem, W celu przygotowania sobie takiej aromatycznej kąpieli należy najpierw sporządzić napar z ziół, w tym przypadku będzie to lawenda. Potrzebujemy 300 g suszonej lawendy lub dużą garść świeżego ziela. Zalać to 21/2 szklanki wrzątku, odstawić na 10 minut, odcedzić i wlać do kąpieli. Prawda, że to żadna filozofia? Można też zakupić dobrej jakości olejek eteryczny i dodać 5-10 kropli. Lawenda ma działanie uspokajajace, kojące, gojące i delikatnie oczyszczające skórę. Po takiej kąpieli poczujemy się zrelaksowani i odprężeni, byleby nie była zbyt gorąca!

Przy okazji lawendowej pielęgnacji ciała nie sposób przemilczeć tematu stóp. W drogeriach jest tyle kosmetyków do pielęgnacji stóp wykorzystujacych lecznicze i pielegnacyjne własciwości tego ziółka. W domu tez możemy sami urządzić sobie SPA dla zmęczonych stópek i przygotować dla nich odświezajaca kąpiel. W tym celu nalezy zaparzyć garść świeżych lub 1/4 szklanki suszonych ziół z łyzeczką soli i napar wlać do kąpieli, w której zanurzymy stopy. Ulga natychmiastowa! Można też dodać szałwi, liść laurowy lub tymianek dla większego poczucia świeżości.

 

A siedząc w wannie można na buzię połozyć fajną maseczkę własnej roboty.Ja lubię czasem poczuć sie jak profesjonalny kosmetolog!

Baę dla maseczki stanowią płatki owsiane, zmielone oczywiście. Do 2 łyżek takich płatków dodać 2-3 łyżki silnego naparu z lawendy oraz ok. łyzki gęstego jogurtu - raczej tak według potrzeby, dla uzyskania pożądanej konsystencji. Trzymać na twarzy 20-30 minut i zmyć ciepłą wodą. Łagodnie oczyszcza i tonizuje cer

 

Oj, zrobiło się lawendowo niczym w sklepie zielarskim. Nastepnym razem postaram się przywołać inne zapachy.

 

I muszę sie Wam pochwalić, że zostałam wybrana w Klubie Eksperckim na ofeminin.pl na testerkę kremu do rąk!

 

Musze częściej pisać, bo potem jak sie dorwe do bloga, to skończyć nie mogę.

sobota, 03 listopada 2012

Muszę być dzielna jak co roku o tej porze i zebrać siły na przetrwanie tego czasu, kiedy odnoszę wrażenie, że słońce wcale nie wstaje. Listopad i grudzień to dla mnie koszmar. Z tego marazmu nie wydostaja mnie nawet święta Bożego Narodzenia, które duchowo oczywiście mocno przeżywam, ale nie oddaję się z jakimś szczególnym entuzjazmem przyziemnym uciechom wciskianym natrętnie w pakiecie z tak ważnym wydarzeniem.

 

Trzeba więc podnieść sobie nastrój, ale na pewno nie kubkiem gorącej czekolady czy kakao, zagryzanymi kostkami naszej ulubionej mlecznej, nadziewanej, z orzechami, a nawet gorzkiej...Bo potem frustracja i depresja jeszcze będzie większa - wprost proporcjonalnie do wzrostu masy naszego ciała.

 

Ja odkryłam jednak kakao, które nie tuczy, a pieści wszystkie inne zmysły poza smakiem. Jest to żel pod prysznic  Yves Rocher z serii Jardins du Monde (ogrody świata) KAKAO.

Żele pod prysznic z tej serii przenoszą nas do ogrodów świata i związanych z nimi zapachów. Jest ich 10 - wszystkie miałam,  ale na jesienno - zimową chandre najlepsze jest kakao... Tym bardziej, że kosmetyk ma kremowa konsystencję, która bardziej odpowiada mi w chłodne dni niż przeźroczyste, orzeźwiające żele, doskonałe na upały.

Kolor też jest miły dla oka - taka kawa z mlekiem, bardzo apetycvzna, a do tego ten zapach - słodycz i gorycz zawarta w nasionach kakaowca...Zapach utrzymuje sie na skórze, ale jest delikatny, nienatrętny, apetyczny, smakowity...

 

Żel zawiera delikatną bazę myjącą pochodzenia roślinnego o pH neutralnym dla skóry, a przy tym zawarte w nim składniki sa przyjazne dla środowiska, co pozwala nam stosować go z dużą częstotliwością bez wyrzutów sumienia.

Cena 8,90 zł/200ml

 

A po kąpieli czas na balsam. Ja przyznam szczerze, że wszelkie nawilżające balsamy o lekkiej formule w żaden sposób nie zadowolają mojej przesuszonej, odwodnionej skóry. Nałożę balsam, a on błyskawicznie sę wchłania i moja skóra w dalszym ciągu jesy spragniona - pozostaje sucha, szorstka, przypomina wręcz wylinkę węża, zwłaszcza w zimie. Mróz na dworze, suche powietrze w pomieszczeniach, warstwy ubrań...Pewnej zimy moja skóra na łydkach zaczęła przypominać pękającą skorupę i wtedy odkryłam dobroczynne właściwości masła do ciałą i uznałam potrzebe natłuszczania mojej wyschniętej skóry.

Ale dziś nie o typowym maśle będzie mowa, lecz o fantastycznym balsamie opartym na bazie masła kakaowego, jak zreszta inne produkty marki Palmer's. Będąc swego czasu w jednej z aptek, trafiłam na sympatyczną promocję marki Palmer's, której produkty były mi dotąd nieznane. Przemiła hostessa nie musiała mnie długo namawiać do zakupu balsamu do ciała w promocyjnej cenie ok. 17 zł za 250 ml, do czego dostałam jeszcze mini produkt - krem do rąk, równiez na bazie tego masła. Zużyłam go na wczasach, nawet był wydajny. Pachniał delikatnie kakaowo, ale przede wszystkim ładnie nawilżał i zmiękczał skóre dłoni, nie pozostawiając tłustego filmu. Opakowania nie pokażę, bo wyrzuciłam do kosza na śmieci w hotelowym pokoju po starannym wyciśnięciu tubki.

 

Czym jest to masło kakaowe? Jest to olej wyciśnięty z nasion kakaowca, zwany masłem kakaowym. Masło to zawiera w sobie bogactwo związków pożądanych przez przemysł kosmetyczny, które aktywnie wspomagaja pielęgnavję urody, lecz sa na tyle delikatne i nieagresywne, że stosuje się je do produkcji kosmetyków dla dzieci i kobiet w ciąży.

 

Ja wybrałam Cocoa Butter Formula z witaminą E i masłem Shea Skin Smoothing Lotion.

 

 

Stosowany przeze mnie od ponad miesiąca balsam ma wszelkie dobroczynne właściwości, jakimi cechują się kosmetyki zawierające masło kakaowe, w tym przypadku wsparte równie cennymi składnikami dodatkowymi:

- idealnie nawilża i odżywia  suchą skórę i zapobiega nadmiernej utracie wody przez skórę, co ma szczególne znaczenie dla cery odwodnionej

- zmiękcza

- nadaje skórze elastyczność i gładkość

 

Kiedy wychodzę z łazienki po moich "kakaowych" rytuałach, w całym mieszkaniu pachnie tak, jak wtedy, gdy moja babcia przygoyowywała dla mnie pyszne, gorące kakao...Wtedy jednak nie liczyło sie kalorii...

 
1 , 2
Tagi
KobietaMag.pl - Klub Urody