Kategorie: Wszystkie | kuchnia | uroda, pielęgnacja | wszystkie
RSS
czwartek, 25 kwietnia 2013

Kwiecień jeszcze sie nie skończył, a ja juz zdąrzyłam zrealizować ofertę Yves-Rocher z majowej ulotki. Przyznam się, ze poszłam na zakupy do salonu tej marki już następnego dnia po otrzymaniu ulotki. A co tam...Zakupić i zapomnieć o tym, że się zaszalało. Do następnej oferty - jak to zwykle mawiam w takich sytuacjach. Skuszona oczywiście zostałam prezentami, ale miałam też potrzebę kupienia pewnego konkretnego produktu, a także w perspektywie odbiór kosmetyku o wartości 70 zł za uzbierane pieczątki na karcie stałego klienta.

Tym razem może od prezentów zacznę. Ja chyba jestem dziecinna, ale takie gadzety sprawiają mi ogromną radość.

 

Mam mnóstwo apaszek, chustek i szaliczków, a w garderobie z trudem miesci sie moja kolekcja torebek, ale...musiałam je mieć. Szaliczek jest cieniutki, bardzo zwiewny, można skomponować go z jakimś letnim strojem. Torebka ma śliczny kolor. Jest to taka sakiewka, ściągana paskiem i bez zadnych przegródek w środku. Ot tak, zeby wyskoczyć gdzieś z portfelem i telefonem oraz z kluczami. Nic ponad, zeby się bałagan w środku nie zrobił.

Jeśli o zakupy chodzi, to miałam do wykorzystania rabat 40% na dowolny kosmetyk i 50% na produkt do twarzy.

Znizkę 40% wykorzystałam na mój ulubiony wiosenny, a właściwie letni i to na upalne dni zapach, czyli na wodę toaletową Naturelle.

Odkryłam ją kiedyś zupełnie przypadkiem, gdyż nigdy nie interesowały mnie zapachy Yves-Rocher i nawet nie miałam ochoty wąchać ich w czasie zakupów w salonie. Kiedyś zdarzyło się, że do zamówienia drogą wysyłkową jako tzw. gratis dostałam buteleczkę wody toaletowej Naturelle. Trochę czasu mięło, zanim zdecydowałam się jej użyć, nie spodziewając się niczego ciekawego. I tu sie myliłam. To MÓJ zapach. Szczególnie dobrze sprawdza się w gorące, letnie dni, gdy większość zapachów dusi, męczy i przyprawia o ból głowy. Nie tylko ja się nim zachwycam. Wiele obcych osób zadaje mi pytanie: Czym Pani pachnie? niezwykła jest świeżość tego zapachu, który będąc subtelnym, lekkim ma w sobie to "coś", co czyni go niebanalnym i intrygującym. To nie jest zwykły "odświeżacz", płaski i nieskomplikowany. To po prostu zapach zaczerpnięty z natury. Dominuje w nim jaśmin i kwiat brzoskwini, z dodatkiem ambry, piżma i cedru. Został opisany jako zapach dla osób spontanicznych, pełnych energii i pewności siebie oraz wesołych, czyli nie powinien do mnie pod zadnym względem pasować. A pasuje idealnie. aha i jeszcze jedna dziwna sprawa. Kiedy wącham tester na papierku, to wcale nie robi na mnie takiego wrażenia.  On chyba tylko tak działa na mojej skórze i wspaniale sie z nia komponuje.

Cena regularna tej wody toaletowej to 125zł za 75ml, przy czym  na mojej skórze zapach ten jest bardzo trwały i długo się utrzymuje, w przeciwieństwie do innych znanych mi wód toaletowych.

Skusiłam sie oczywiście na zakup kosmetyku do pielegnacji twarzy za połowę ceny i wybrałam koncentrat nawilzający z serii Hydra Vegetal.

Myślę, ze będzie to fajny kosmetyk na lato i cieplejsze wiosenne dni, gdy nie chcemy, żeby twarz sie nam kleiła. Koncentrat ma ultra lekką konsystencję, w ogóle nietłustą i błyskawicznie się wchłania. Efekt nawilzenia odczuwalny jest niemal natychmiast. Jest to produkt należący do linii kosmetyków przeznaczonych dla cery odwodnionej i jego zadaniem ma być intensywne, dogłębne i długotrwałe nawilżenie.

Składniki aktywne koncentratu to wyciąg z soku klonu kanadyjskiego, wyciąg z soku agawy niebieskiej bio z Meksyku, wyciąg z aloesu bio oraz masło karite. Zawartość substancji aktywnych jest trzykrotnie bardziej skoncentrowana niż w kremie-żelu, też zreszta bardzo dobrym.

Cena regularna koncentratu to 72zł/30ml. ja zapłaciłam 36zł.

I ukoronowanie mojej wizyty w sklepie - wybór nagrody. Mogłam wybrać kosmetyk droższy niż 70zł, a reszte dopłacić. Tak też zrobiłam i ...siegnęłam po znany mi już i polubiony żel redukujący cellulit. Jestem z niego naprawdę zadowolona. Moja skóra jest gładka, przyjemna w dotyku, a nierówności spowodowane retencją wody zdaja się mniej widoczne. Oczywiście aplikację żelu wspomagam intensywnym masażem od dołu do góry, znęcając się do upadłego nad swym odwiecznym wrogiem. Az mnie ręce bolą z wysiłku!

Cena regularna to 99zł/150ml. Musiałam wiec dopłacic 29zł.

Po drodze zatrzymałam sie przy  stoisku Golden Rose, gdyż uswiadomiłam sobie, że w moim zbiorze lakierów do paznokci nie ma tej marki. Postanowiłam więc nadrobić braki i kupiłam 2 lakiery, kazdy w cenie 3,20zł.

Takich kolorków potrzebowałam. Klasyczna, czysta czerwień o nr 142 z serii  CLASSICS MINI oraz słodziutki różowy z serii GOLDEN ROSE SWEET o nr 14, obydwa w pojemności 5ml. Jak dla mnie w sam raz.

Jeszcze nie używałam, teraz biegnę szybko zrobić pazurki. Tylko od którego zacząć?

wtorek, 23 kwietnia 2013

Mam ogromna przyjemność zamieścic informację o tym konkursie. nie jestem pierwsza ani jedyna, ale o to chodzi, zeby  dzielić sie fajnymi rzeczami. Już czuję, ze kosmetyki naturalne marki joik moga być super! Ciekawostką jest to, ze kosmetyki JOIK  w przewajacej części sa robione ręcznie.



zasady konkursu sa proste, szkoda tylko, że tak mało nagród - jedynie 2 zestawy. Ale może ktoś z Was będzie mieć szczęście? Warto spróbować. Konkurs trwa do 28 kwietnia. Wszystkie szczegóły TUTAJ.

http://woman-news.pl/konkursy/2286-konkurs-poznaj-nowe-kosmetyki-naturalne-joik

środa, 17 kwietnia 2013

Mam prawdziwa obsesje na punkcie zadbanych dłoni, u siebie i u innych. Bardzo poważnie podchodzę do opinii, że dłonie sa wizytówka kobiety i powiem więcej - kazdego człowieka. Nie będe nawet wspominać, co czuje widząc obgryzione, połamane paznokcie...Wiele dziewczyn pasjonuje sie wręcz pielęgnacja i zdobieniem paznokci, ale ja zwracam też uwagę na całokształt dłoni. Nie toleruję szorstkości, zgrubień, pergaminowej, wysuszonej skóry. Dlatego w kazdej wolnej chwili chodze po domu w bawełnianych rekawiczkach z kremem lub maska na dłoniach. Wśród moich kosmetyków istotne miejsce zajmuje tez peeling do rąk.

Do tej pory stosowałam najczęściej maseczkę z peelingiem z Perfecty i bardzo lubię ten kosmetyk, choć od pewnego czasu w roli maski uzywam po prostu grubej warstwy kremu silnie odżywiającego, nakładanego na dłonie pod rękawiczki. Postanowiłam jednak skusić sie na cos innego i wypróbowałam duosaszetkę zawierajacą peeling do rąk i maskę do rąk znanej mi już firmy Efektima.

 

Porcja zawiera 7 ml peelingu i 7ml maski.  Kosmetyk całkiem przyjemny, ładnie pachnie, choć trudno tak naprawde określić, jaki to zapach.

Peeling zaiera  drobinki z alg morskich w połączeniu z olejem sojowym, dzięki czemu doskonale powinien złuszczać martwe komórki naskórka, a jednoczesnie ukoić i odmładzac skórę.

Stosuje sie go całkiem przyjemnie i działa jak ma działac peeling. Skóra jest wygładzona i miękka.

 

Maseczka natomiast wyprodukowana została na bazie owocu aceroli, która jest najbogatszym źródłem wit. C. Po zastosowaniu maseczki skóra powinna pozostać nie tylko miękka, delikatna w dotyku i odmłodzona, ale również zmniejszyc powinny sie przebarwienia i ujednolicic jej koloryt.

Oczywiście pozytywne działanie jest widoczne, ale nie rzuca na kolana. Zdecydowanie wolę ten zestaw z Perfecty. Działanie produktu z efektimy własciwie niczym nie odbiega od efektu zastosowania zwykłego kremu do rąk.

Nie jest to zły kosmetyk i wcale go nie odradzam. Mozna uzywać, ale w sumie po co?

 

O wiele ciekawsze wydaja mi  sie zabiegi, które mozemy wykonac same w domu, z dostępnych bez trudu składników.

Na początek - propozycje peelingów do rąk.

Peeling kawowy

4 łyżki zmielonej kawy zaląc wrzątkie. Po ostygnięciu odlać płyn, a fusy wmasować w dłonie, po czym zmyć. Zabieg ten stosowany systematycznie pozwoli uzyskać delikatne i odpowiednio natłuszczone dłonie. w tym celu można nabyc sobie jakąś tania kawę zmieloną, która nawet dla gosci sie nie nada, natomiast naszym dłoniom swietnie sie przysłuży.

 

Peelig sony/cukrowy

1 łyzka soli gruboziarnistej lub cukru dokładnie połączyć z łyzka oliwy z oliwek. Powstałą papke wcierać w skórę dłoni, po czym dokładnie spłukać. Nie zapominamy o zaaplikowaniu odzywczego kremu do rąk.

 

Kąpiel w oliwie

To jeden z najprostszych i najskuteczniejszych domowych zabiegów. Oliwę z oliwek (w ilości odpowiedniej do zanurzenia w niej obu dłoni) lekko podgrzewamy, dodajemy kilka kropli soku z cytryny i wyciskamy 2 kapsułki wit. A+E. Dłonie zanurzamy na 10-15 minut, po czym nie myjemy ich tylko osuszamy papierowym ręcznikiem. Skóra na dłoniach jest nawilżona, odpowiednio natłuszczona, odżywiona i i wygładzona, a sok z cytryny dodatkowo rozjaśnia jej koloryt.

 

Bardzo skuteczna jest tez kąpiel w siemieniu lnianym. W tym celu zalewamy kilka łyzek siemienia wrzątkiem i czekamy ok. 10 minut, az wytworzy sie śluz.Mieszamy do konsystencji papki i czekamy, az ostygnie na tyle, żeby bez problemu zanurzyć w to dłonie i trzymać ok. 20 minut. Też nie myjemy dłoni, tylko wycieramy ręcznikiem.

 

Maseczka z żółtka i twarożku

Surowe żółtko utrzeć z kilkoma kroplami oliwy i dodac 2 łyzki twarożku. Papke nałozyć na dłonie i po 15 minutach zmyć.

 

Pzepisy nie sa trudne ani pracochłonne, a co najwazniejsze, naprawdę działają - sama stosuję kąpiel w oliwie i peeling solny. Tak na marginesie, jest to jedno z nielicznych zastosowań dla soli kuchennej w moim domu...



sobota, 13 kwietnia 2013

Wiem, ze nie powinnam zaczynać recenzji od mojej subiektywnej oceny, ale ta maseczka "skradła moje serce" i juz dziś mogę zaryzykować stwierdzenie, iz należeć będzie do odkryć tego roku. Jest to najlepszy produkt z wszystkich testowanych przeze mnie dotychczas maseczek.

Buszując w drogerii wśród wielu maseczek uwagę moją zwróciła saszetka zawierająca maseczkę o intrygującej i obiecującej nazwie "Kleopatra: marki Dermaglin.

Z opisu wynikało, iz jest to produkt w 100% naturalny, oparty  na bazie zielonej glinki kambryjskiej z dodatkiem miodu, olejku różanego i jedwabiu. Ponadto na opakowaniu umieszczono certyfikaty i zdobyte nagrody. Zachęcona tym wszystkim oraz majac przed oczami słynną ze swej urody kleopatrę, wrzuciłam saszetkę do koszyczka. Saszetka była całkiem spora i ciężka - 20g, a kosztowała 5,69zł.

Zastosowałam, zobaczyłam efekt, zakochałam sie od razu - w mojej pięknej skórze i w maseczce.

Na początek może kilka słów wstępu. Dermaglin to polska firma specjalizujaca się w produkcji kosmetyków  wykorzystujących dobroczynne działanie zielonej glinki kambryjskiej, ale równiez zajmująca się jej wydobyciem. Glinka kambryjska jest najstarszą skałą osadową na Ziemi i zawiera ona wszelkie mikro- oraz makroelementy niezbędne człowiekowi. Jej lecznicze własciwości wykorzystywane sa w medycynie, a stosuje się ją zarówno zewnętrznie, jak i wewnętrznie - do picia! Nie do przecenienia jest rola zielonej glinki w pielęgnacji ciała.

 

Składniki maseczki:

Na pierwszym miejscu jest rzeczywiście zielona glinka kambryjska - dzięki własciwościom oczyszczajacym działa kojąco, łagodzi podraznienia i aktywuje naturalne funkcje skóry. Wspomaga zdolność skóry do usuwania substancji toksycznych.

Dalej według kolejności:

- jedwab, miód, olej jojoba i olejek różany.

Jak więc widać, żadnych podejrzanych substancji i szkodliwych sztuczności - deklaracja producenta co do "naturalności" kosmetyku w pełni wiarygodna.  Polecam zatem wszystkim fankom pielegnacji naturalnej.

Dzięki tym składnikom skóra jest odzywiona, wygładzona, zatrzymuje wilgoć, co gwarantuje długotrwałe nawilżenie.

Maseczka ma postać ...nieciekawa wizualnie, nie ma co sie oszukiwać. Jest to szarozielona maź, dość gęsta i ciężka, stąd duża waga szaszetki, przy stosunkowo nieduzej objętości - zuzyłam ja na 1 raz, nakładając grubą warstwę. Nie pachnie różami ani miodem - jest to raczej zapach ziemisto-trawiasty. Po nałożeniu momentalnie poczułam mrowienie i silne ściąganie na twarzy, miałam wrazenie, że mięśnie twarzy mimowolnie się kurczą i wykonuję jakies grymasy. Doszłam jednak do wniosku, że tak być powinno - maseczka po prostu zaczyna pracować na mojej skórze. Po kilku minutach...maseczka zmieniła barwę i strukturę. Zobaczyłam, ze moją twarz pokrywa cienka, jakby pergaminowa błonka, której kolor wyblaknął. Ku memu zaskoczeniu maseczkę zmywa się błyskawicznie i bez żadnych problemów, o wiele łatwiej niz kremowe maseczki, które rozmazują sie po całej twarzy. A efekt? Skóra miękka, delikatna w dotyku - nie mogłam przestać jej głaskać... Wygładzone rysy twarzy, ładny, zdrowy koloryt i jakby ujednolicona struktura spowodowane chyba odzywieniem i dobrym nawilzeniem. Ponadto uczucie świeżości, czystości, tak jakby skóra nareszcie mogła swobodnie oddychać. To moja zdecydowana faworytka. Wiem, ze niektóre z Was po jej zastosowaniu moga być rozczarowane, ale z moja skóra bardzo polubiła tę maseczkę i widzę, ze dobrze jej służy. Moze więc każda z nas musi trafić na taki swój kosmetyk wszechczasów?

Przejrzałam tez inne oferty marki Dermaglin i naprawdeę mnie zaciekawiły. Przy następnej wizycie w drogerii rozejrzę się, moze trafię znowu na jakąś "perełkę"?

piątek, 12 kwietnia 2013

Moja skóra znalazła się w nagłej potrzebie! Nie zagłębiając się w szczegóły, stan mojego zdrowia odciska się na niej piętnem i wymaga ona wsparcia ze strony skoncentrowanego i silnie działającego kosmetyku w postaci serum własnie.

W swoim pudełku z maseczkami odnalazłam duosaszetkę zawierającą CASHMERE CARE 35+ HydraLift Antyoksydacyjne serum na dzień i aktywnie regenerujące serum na noc, postanowiłam więc zaaplikować je na moją skórę.

Serum jest przeznaczone dla skóry bardziej dojrzałej, po 35 r.ź, i w dodatku suchej, ale moja skóra obecnie znajduje się w kondycji odpowiadającej wiekowi 50+ - przesuszone policzki, wręcz odwodniona, pergaminowa i to pomimo stosowanej dotychczas pielęgnacji, która przynosiła dobre rezultaty.  Ponadto znam juz tę serię kosmetyków, gdyż używałam kiedyś kremu intensywnie regenerującego na noc, do skóry normalnej i mieszanej. Byłam z niego bardzo zadowolona. Krem miał bogatą, odżywczą konsystencję, ale bardzo szybko się wchłaniał, nie pozostawiał tłustego filmu, a skóra była aksamitna w dotyku. I do tego bardzo przyjemnie, delikatnie pachniał, co w przypadku kosmetyku stosowanego na noc ma dla mnie ogromne znaczenie.

Wracając do serum.  W jednej saszetce znajduje się serum na dzień, do stosowania rano, a w drugiej - na noc. Obydwie saszetki o pojemności 5 ml. Pojemność jednej saszetki wystarczy spokojnie na dwie aplikacje na twarz i szyję. Cena - 4,99zł.



Składniki aktywne:

roślinne komórki macierzyste - odmładzaja skórę i redukuje zmarszczki

kwas hialuronowy - nawilża

olej jojoba - wzmacnia ochronę lipidową

skwalan z oliwek - zapobiega nadmiernemu wysuszaniu skóry

morskie oligosacharydy - dotleniają

mikropigmenty - usuwają oznaki zmęczenia

Serum ma przyjemną, jedwabista konsystencję. Łatwo się rozprowadza, bardzo dobrze się wchłania. Rano zastosowałam je pod makijaż, juz bez zadnego kremu i nie stwarzało zadnych problemów. Podkład rozprowadzał sie doskonale i nawet miałam wrazenie, ze makijaz lepiej wygląda i dłuzej sie trzyma - moze po prostu skóra lepiej sie czuła i dlatego kolorowe kosmetyki lepiej z nia współgrały?

Zużyłam cały duopak, stosując serum 2 razy w tygodniu. Moze nie wywołało ono efektu WOW!, ale moja skóra jest wyraźnie nawilżona,  zregenerowana. Szczególnie dało się to zauważyc po zastosowaniu serum na noc, kiedy rano spoglądałam w lusterko.

Podoba mi się też zapach kosmetyku - jest taki...śródziemnomorski. Nie pytajcie, co to znaczy, ale takie naszło mnie skojarzenie.

Myślę, że kupię ponownie ten produkt i będę go systematycznie stosować. Warto spróbować - może trafi w Wasze upodobania?



wtorek, 09 kwietnia 2013

 

Tym razem zdecydowałam sie w końcu na maseczkę o działaniu przeciwzmarszczkowym. W moim przypadku taki "zabieg" jest wręcz polecany, ale miałąm obawy, że będziecie sobie myśleć o mnie jak o starszej pani okładającej się błotem i glinkami, byle tylko zachować gasnącą młodość...

Trudno, zaryzykuję. Myślę, że profilaktyka polegajaca na opóźnianiu efektów starzenia się jest bardzo wazna i młodszym osobom na pewno nie zaszkodzi.

Mając powyższe na uwadze zaopatrzyłam się w jednej z drogerii w błotną przeciwzmarszczkową maseczkę marki Efektima Age-Protect  Saszetka o pojemności 7ml kosztowała 2,79zł. Moją uwagę zwróciła już sama szata graficzna opakowania. Bardzo ładna...

Najważniejsza jest jednak zawartość - jak to mówią pocieszająco: "Liczy sie przede wszystkim wnetrze."

I "wnętrze" okazało sie równiez całkiem w porzadku. Składniki aktywne maseczki to błoto mineralne, wyciąg z orchudei i glinka porcelanowa. Prawde mówiąc perspektywa nałozenia na twarz błota trochę mnie przerażała, ale wykorzystując chwilę samotności zdecydowałam sie na ten krok.

Maseczka ma rzeczywiście błotnisty kolor, taki szaro-bury, ale po nałożeniu na twarz wygląda zdecydowanie lepiej - staje się jasnoszara.Jest dość gęsta, ale doskonale się rozprowadza na skórze, tak jakby miała jedwabisty poślizg. I równie dobrze się zmywa ciepłą wodą. Co ważne, nie zasycha na twarzy i nie powstaje z niej "skorupa", nic nie ciągnie, nie szczypie ani piecze. Jeśli chodzi o zapach...Mnie on nie odstraszył. Jest może troche dziwny, trudno nawet go opisać, ale nie jest zbyt mocny i natrętny. Ja ze swoim wrażliwym powonieniem wytrzymałam zalecane 20 minut z maską na twarzy, więc jest to do przejścia.

Z obietnicy producenta wynika, iż maseczka ma biostymulować komórki, wzmacniać i uelastyczniać naskórek oraz widocznie zmniejszać zmarszczki. W tym miejscu nadmienić należy, iż firma Efektima Instytut Produktów opóźniających efekty starzenia jest polską firmą, założona w 2000r. i specjalizuje sie w produkcji kosmetyków przeciwstarzeniowych oraz przeznaczonych do pielegnacji specjalistycznej. Zaufałam więc ekspertowi i nie rozczarowałam się.

Może jeszcze kilka słów o składnikach:

Maseczka wyprodukowana została na bazie błota  zawierającego 70% substancji organicznych. Glinka porcelanowa (kaolinowa) to glinka wydobywana  z najgłębszych pokładów Ziemi, posiadająca białą, szarawą lub żółtawą barwę. Składniki maseczki wnikają  głęboko w pory, absorbując nagromadzone zanieczyszczenia, co dodaje skórze blasku i witalności. Wyciąg z kwiatu orchidei działa nawilżająco, przecizmarszczkowo i redukuje drobne zmarszczki.

Efekt po zastosowaniu maseczki nie był moze spektakularny - nie mam az takich zmarszczek, żebym musiała je zwalczać, ale moja skóra prezentowała sie całkiem fajnie. Była miękka i wygładzona, ale bez uczucia ściągnięcia i zbytniego napięcia. Odczułam lepsze nawilżenie i odżywienie, większą elastyczność skóry.  Śmiało można spróbować, choć jak już wspomniałam, cudów po niej nie należy się spodziewać. Ot, chwila relaksu i miłe odświeżenie oraz zastrzyk energii dla skóry.

A teraz kilka propozycji dla chętnych do zabawy w swój własny instytut produktów przeciwzmarszczkowych, a konkretnie maseczek o działaniu anti-aging.

Bardzo proste olejowanie twarzy:\Najlepszy do tego celu jest olej lniany, jeden z najbardziej wartościowych olejów roślinnych, którego jestem prawdziwą fanką. Niestety, jest on bardzo nietrwały, szybko sie utlenia i dlatego nie znajduje zastosowania w produkcji kosmetyków. Jedyny sposób, zeby wykorzystać jego dobroczynne działanie, to bezpośrednia aplikacja na skórę. Nakładamy więc równomiernie na twarz cienka warstwę oleju i pozostawiamy na 25-30 minut, po czym usuwamy papierowym ręcznikiem. Pozostałości wchłona się po kilkunastu minutach.

 

Maseczka z miodu - choć miód nie nalezy do moich ulubieńców, zarówno stosowany wewnętrznie, jak i zewnętrznie.

3 łyzki miodu i 3 łyżeczki mleka dokładnie połączyć i nałożyć na 10-15 minut nie tylko na twarz, ale też na szyję. To bardzo wazne w profilaktyce przecizmarszczkowej, aby zadbac takze o szyję, która szybko traci elastyczność i obwisa, a później to już nawet żaden zabieg nie pomoże. Szyja w okrutny sposób zdradza wiek koniety, dlatego dopieszczajmy ją juz od lat młodości. Maseczkę zmywamy ciepłą wodą.

 

I jeszcze jedna maseczka, której receptura szczerze mnie zaintrygowała.  Potrzebujemy do jej wykonania 6-8 pestek z brzoskwiń lub pestkę z awokado. Pestki należy rozłupać i wydobyć rdzeń. jeśli chodzi o brzoskwinie, to kiedyś bawiłam sie tak i  wydobycie tego rdzenia nie jest trudne, ale nigdy nie próbowałam z awokado!  Rdzeń ścieramy na tarce i łączymy z 1-2 łyżkami jogurtu naturalnego na gładką masę. Opcjonalnie - 1 łyżeczka oleju słonecznikowego, sojoweho lub lnianego. Papkę pozostawiamy na twarzy i szyi przez 5-10 minut, po czym zmywamy ciepłą wodą.

Jestem przekonan, że warto systematycznie fundować sobie takie zabiegi przeciwzmarszczkowe, nawet jesli jeszcze nie mamy widocznych zmarszczek. Składniki maseczek anti-aging, tych drogeryjnych i domowych, zawierają wiele substancji odżywiajacych skórę, wzmacniających ją, dbających o prawidłowe nawilżenie, elastyczność i jędrność. Tak zadbana skóra wygląda z pewnością pięknie i zdrowo, a o to przecież nam wszystkim chodzi.

niedziela, 07 kwietnia 2013

Do tematu maseczek oczyszczających obiecałam powrócić, a maseczka Eveline głęboko oczyszczająca fast-mat stanowi do tego znakomity pretekst.

Maseczkę dostałam w pakiecie kosmetyków Eveline jako nagrodę w jednym z konkursów. Nie wiem więc, ile kosztuje, ale przypuszczam, że poniżej 3 zł za saszetkę o pojemności 10ml.

Maseczka ma kremową konsystencję i bladozieloną barwę. Wygląda to całkiem fajnie, choć po jej nałożeniu nie nadajemy się za bardzo do pokazania innym osobom. Zapach ma dość intensywny, dla niektórych może być zbyt duszący, ale przez 10-15 minut da się wytrzymać. Nałożyłam ją grubą warstwą, wykorzystując całe opakowanie na jeden raz. Po kilku minutach poczułam, że twarz zaczyna mi się nieco ściągać i piec, ale po jej zmyciu skóra była świetnie oczyszczona, odświeżona i gładka. Zaobserwowałam również silny efekt matujący - mój zwykle błyszczący nos stracił swój blask.

Maseczka przeznaczona jest do cery normalnej, mieszanej, tłustej i trądzikowej. Jej zadaniem jest oczyszczanie porów i zmniejszanie ich widoczności, regulacja wydzielania sebum, matowienie skóry, zapobieganie powstawania zaskórników oraz łagodzenie podrażnień. Potwierdzam, że oczyszcza, matuje i koi skórę, która czuje się jak nowa - czysta, świeża, zrelaksowana.

Składniki aktywne:

- bio-Glinka zielona - jest najsilniej działającą glinką o właściwościach oczyszczających, odblokowujących pory i zmniejszających ich widoczność

- Fast-mat Compleks - reguluje wydzielanie sebum i sprawia, że skóra jest zmatowiona przez długi czas

- wyciąg z aloesu - oczyszcza skórę z toksyn, nawilża i działa łagodząco

- kompleks cynkowy - wzmacnia skórę oraz wpływa na jej zdrowy wygląd

- kompleks antyseptyczny - na bazie naturalnych wyciągów roślinnych z łopianu, nagietka, cytryny, szałwi i chmielu zapobiega powstawaniu zaskórników

- D-panthenol i alantoina - działają kojąco i łagodząco.

Produkt naprawdę bardzo udany i warto spróbować.

 

Pomimo tego, że w drogeriach dostępnych jest wiele maseczek godnych polecenia, bardzo skutecznych w działaniu i przyjemnych w aplikacji, chętnie sięgamy domowe, sprawdzone sposoby oczyszczania skóry twarzy.

Maseczki głęboko oczyszczające wnikają wgłąb porów i usuwają z nich  toksyny i wszelkie zanieczyszczenia, pozostawiając skórę odświezoną i czystą, ponadto regulują wydzielanie sebum, matowią skórę i zwężają pory. Przeznaczone są przede  wszystkim do skóry zanieczyszczonej, mieszanej, tłustej i trądzikowej.

Najłatwiejszą maseczką jest chyba papka przygotowana z 3 łyżek płatków owsianych zalanych 3 łyżkami wrzątku. Po ostudzeniu nałożyć na twarz, lekko wmasowując. Po 15 minutach zmyć letnią wodą.

 

Znalazłam również przepis na maseczkę z płatków owsianych dla bardziej zaawansowanych. Jest  maseczka ściągajaca, przeznaczona dla cery mieszanej i tłustej.

1 łyżkę płatków owsianych i 1 łyżkę skrzypu polnego (zmielonych) zalać gorącą wodą i  utrzeć na papkę z dodatkiem kilkunastu kropli soku z cytryny.  Pozostawić na 20 minut i zmyć letnią wodą.

Maseczka oczyszczająco-ściągająca z białka  - nie zaleca sie jej dla cery suchej, bardzo suchej, wrażliwej

Świeżo ubite na sztywną pianę białko z dodatkiem kilku kropli soku z cytryny równomiernie nałożyć na twarz i pozostawić do zastygnięcia, a następnie zmyć letnią wodą. Hmm...Nie wiem, czy to byłoby tak do końca przyjemne...Ja ze swoimi przesuszonymi policzkami raczej nie będę ryzykować. Jednak dla posiadaczek trochę bardziej tłustej cery z pewnością taki zabieg przyniesie dobre efekty.

Za to kolejna maseczka zapowiada się całkiem interesująco i przyjemnie - oczyszcza i odświeża, a przy tym wygładza skórę.  Coś dla miłośniczek zielonej herbaty, tym razem stosowanej do uzytku zewnętrznego.

Należy zaparzyć mocny napar z zielonej herbaty. Może być z torebki lub z listków - wtedy bierzemy 2 łyżeczki na 3 łyżki gorącej wody. Pozostawiamy do ostygnięcia i mniej więcej 3 łyżki płunu łączymy z łyżeczką mąki ziemniaczanej rozcierając na gładką papkę. Na twarzy pozostawiamy na 20 minut, po czym zmywamy letnią wodą. Podobno efekt mega-orzeźwienia gwarantowany.

To tylko kilka porad - jest ich tak wiele, ze trudno się zdecydować. Odsyłam do poprzedniej notki o maseczkach oczyszczających i zachęcam do stosowania glinek, szczególnie tej zielonej, która potrafi zdziałać cuda nawet na bardzo zanieczyszczonej buzi.



piątek, 05 kwietnia 2013

Ostatnio rzadko trafiają mi się jakieś ciekawe okazje, typu testowanie czy wygrana w konkursie, dlatego z tym większą przyjemną  chwalę się swoimi najnowszymi zdobyczami. Tym razem są to produkty niekosmetyczne i w dodatku ja najmniej z nich skorzystałam...

Tydzień przed  świętami kotka mojego taty dostała wreszcie długo wyczekiwaną karmę PURINA ONE. Zgłosiłam zwierzaka do testowania suchej karmy w ramach akcji organizowanej na portalu kociarze.pl, a polegającej na podjęciu 3-tygodniowego karmienia kota dostarczoną karmą i obserwowaniu kota oraz składania raportów o stanie zdrowia, samopoczuciu i wyglądzie kotka -  dodatkowe udokumentowanie w postaci zdjęć mile widziane. No to sobie narobiłam roboty! Tato obserwuje kotkę, a ja składam raporty i wklejam zdjęcia, które on zrobił. Zrobienie zdjęcia temu kotu to nie lada sztuka. Człowiek  myśli, że juz go ma, a tam zostaje fotografia kociej pupy i ogona...

Kot dostał trzy takie worki, a karma jest typu Sensitive i bardzo kici smakuje.

Dzień 1 

Kolejny produkt  był dla mnie totalnym zaskoczeniem. Wypełniłam wprawdzie kiedyś ankietę na prekursorki.pl, ale niczego się nie spodziewałam, a tu proszę - dwie torebki pralinek Milka: waniliowe i czekoladowe. Miłośniczką słodyczy nie jestem, skosztowałam z testerskiego obowiązku po jednej i oddałam dwóm największym łasuchom pod słońcem: mojemu narzeczonemu oraz siostrze. Fajnie, że każda pralinka jest pakowana oddzielnie, dzięki czemu po otwarciu torebki zachowują świeżość i nie ma uzasadnienia wymówka, że trzeba je szybko zjeść, bo zwietrzeją. Można też zabrać pojedyncze sztuki ze soba do torebki "na czarną godzinę".



Czekoladki jak czekoladki. W środku miękkie nadzienie, wokół chrupiąca, wafelkowa otoczka oblana mleczną czekoladą.  Nie moje smaki, ale dla smakoszy niezły kąsek.

 

I na koniec mała próbka - 75ml płynu do mycia naczyń FAIRY o zapachu granatu i czerwonej pomarańczy, na otarcie łez, żeby mi się fajnie gary zmywało. Próbkę otrzymałam od portalu Evetydayme.pl. Pachnie prześlicznie i zmywa rewelacyjnie. Myślę, że kupię sobie pełnowymiarowy produkt, pomimo natarczywej reklamy FAIRY w TV, której wręcz nie cierpię.



Muszę chyba zintensyfikować moje starania i uaktywnić się w różnych akcjach i konkursach, bo tak tęsknię za deszczem nagród...

środa, 03 kwietnia 2013

Jak się domyślacie, kwietniowa ulotka dla stałych klientów została juz przeze mnie wykorzystana! Miało to miejsce w przedświatecznym tygodniu i nie mogłam się wprost doczekać, żeby pójść do salonu Yves-Rocher. Największa pokusę stanowiły dla mnie pudełka widniejące na ulotce, które można było nabyć w atrakcyjnej cenie 11,99 zł za trzy sztuki przy dokonaniu zakupu na kwotę co najmniej 49zł. Co to dla mnie! Przy dowolnym zakupie w prezencie mieliśmy obiecany żel pod prysznic i do kąpieli z powszechnie znanej serii Plaisures Nature o dowolnym zapachu.

Dodatkową zachętę stanowiły dla mnie nowe produkty, które miały swoją premierę w ubiegłym tygodniu. Mam na myśli nowy program intensywnego wyszczuplania Minceur Intensive, oparty na formule potrójnej mocy roślin.Nowatorski program wyszczuplania reklamowany jest jako alternatywa dla osób, które chcą uzyskać piękną figurę a sa trochę na bakier ze sportem i w ogóle z wysiłkiem fizycznym. No, no...Ładnie to tak zachęcać do zalegania na kanapie i wcierania w brzuszysko i w pupę specyfików zawierających cudowne ekstrakty z roślinek? Pomyślałam jednak, że ćwiczenia fizyczne nie zniweczą działania tych preparatów, a może wręcz przeciwnie, przyspieszą ich działanie, więc jako osoba starająca sie przynajmniej gimnastykować, śmiało mogę sięgnąć po te nowości Yves-Rocher.

Jak juz kiedyś pisałam, moją zmorą jest cellulit wodny, spowodowany zatrzymywaniem sie wody w organizmie. Na nadwagę i nadmierne otłuszczenie nie narzekam, ale i tak mam pewne ograniczenia w eksponowaniu swojego ciała za sprawą szpecących, nieestetycznych zagłębień i grudek pod skórą, szczególnie widocznych na udach. O swojej diecie i ćwiczeniach rozpisywać się nie będę, jest to chyba oczywiste, ze podejmuję walkę na wielu frontach. Wspomagam się też kosmetykami antycellulitowymi, gdyż sa one w stanie naprawdę poprawić wygląd naszej skóry, a przez to znienawidzony cellulit staje się mniej widoczny. Oczywiście nie znika tak na amen, ale siedzi sobie przyczajony, nie mogąc ukazać w pełni swojego szpetnego oblicza poprzez jędrną, zwartą, napiętą skórę.

I dlatego z gamy produktów Minceur Intensive wybrałam żel redukujący cellulit.

 

Wszystkie  kosmetyki z tej serii składają się na szybką i skuteczną podobno wyszczuplającą terapię szokową, której sekret tkwi w skupieniu się na konkretnej partii ciała. W efekcie terapii już w ciągu 1 miesiąca można osiągnąć takie same rezultaty jak po treningu sportowym. Połączenie trzech uzupełniających sie składników aktywnych w idealnych dawkach zapewnia skuteczne działanie wyszczuplające skoncentrowane na konkretnych partiach ciała. Oprócz żelu, który wybrałam, na półce zauważyłam równiez balsam ujędrniający uda oraz żel modelujący brzuch i pośladki.

Żel redukujący cellulit do najtańszych nie należy. Cena regularna za tubkę 150ml to 99zł. Ja nabyłam go z rabatem - 50.

Składniki aktywne:

- zielona kawa - redukuje cellulit poprzez usuwanie złogów

- zielona herbata - wyszczupla poprzez redukcję tkanki tłuszczowej

- wąkrotka azjatycka - ujędrnia poprzez stymulację produkcji kolagenu.

Żel ma dość intensywny zapach, trochę ziołowy, ale myślę, że to zielona kawa nadaje mu takiej ostrości. Konsystencję ma lekką, przyjemną w aplikacji. Dobrze się wchłania, nie pozostawia uczucia lepkości, łatwo go wmasowywać. Preparat zaleca się stosować rano i wieczorem - nie ma zadnego problemu z załozeniem ubrania po jego aplikacji, choć dla mnie jego zapach jest jeszcze długo wyczuwalny. Nie to jest jednak najwazniejsze, ale rezultaty. Stosuję go od tygodnia, ale już zachwycam się tym, co robi dla mojego ciała. Skóra jest wyraźnie wygładzona, jędrna, napięta, a cellulit tak bardzo nie razi w oczy. A co to będzie po miesiącu stosowania? Jak na razie jestem pod wrażeniem. Martwi mnie tylko jego wydajność, która zachwycająca nie jest. Pewnie niedługo przydałby sie nowy zakup, a skąd tu wziąć zniżkę? Do majowej oferty nie ma szans doczekać.

Drugim kosmetykiem, jaki nabyłam ze zniżką -30% jest mój ulubieniec z Yves-Rocher, czyli balsam regenerujący do stóp z serii Beaute de Pieds.

 

Balsam pięknie pachnie prawdziwą lawendą, gdyż zawiera w swym składzie olejek eteryczny z lawendy bio zapewniajacy zmęczonym stpom relaks i odprężenie. Głównym zadaniem balsamu jest intensywne odżywianie i regeneracja suchych, zniszczonych stóp, za co odpowiada zawarte w nim masło karite. Z tego zadania kosmetyk wywiązuje się wzorowo: likwiduje wszelkie zrogowacenia, szorstkość stóp, odżywia je i nawilża, pozwala odzyskać miękkość i gładkość. Balsam nakłada się 1-2 razy w tygodniu grubą wartwą, ja zakładam jeszcze na stopy moje skarpetki z włókna bambusowego. Taka kuracja cuda czyni.

Balsam też jest dość drogi - cena regularna za pojemność 50ml to 39zł. Są oczywiście różne rabaty i promocje, na które skwapliwie czyham, aby mieć go stale pod ręką.

I teraz prezenty. Żel jak żel - one wszystkie ślicznie pachną, ale moją ulubienicą jest Wanilia.

Największą radość sprawiły mi jednak trzy pudełka, z materiału pokrytego jakąś ceratką, a zatem dość solidne i zapowiadające się na długie użytkowanie. Już je zagospodarowałam zimowymi dodatkami i kilkoma rzeczami, które rzadziej noszę, a plączą mi się w szafie. Pudełka sa naprawdę pojemne, szczególnie to największe. Stoją u mnie w garderobie, stąd będziecie mieć okazję zerknąć do tego sekretnego pomieszczenia.



I tak na koniec - jestem z siebie dumna, że tym razem moje zakupy ograniczyły sie jedynie do dwóch artykułów pierwszej potrzeby i nie uległam żadnym pokusom.



Tagi
KobietaMag.pl - Klub Urody