Kategorie: Wszystkie | kuchnia | uroda, pielęgnacja | wszystkie
RSS
czwartek, 25 lipca 2013

Przedwczoraj otrzymałam SMS-a z informacją o wygranej w konkursie Yves-Rocher, a wczoraj już pobiegłam do mojego sklepu po nagrodę. Byłam pierwsza!

Nagrodą okazał się zestaw Refropical, w skład którego wchodzi woda toaletowa o pojemności 75ml oraz torebka utrzymana w tym samym k wakacyjnym klimacie.

Była to dla mnie swego rodzaju niespodzianka, gdyż zupełnie zapomniałam o tym konkursie, w którym wzięłam udział jakiś czas temu. Dla odmiany tym razem nie był to konkurs internetowy. W trakcie zakupów w salonie Yves-Rocher otrzymałam formularz, w którym należało odpowiedzieć na pytanie, którego brzmienia dokładnie nie pamiętam, ale chodziło o wskazanie ulubionego kosmetyku na lato tej marki i uzasadnienie swojego wyboru. Ja wybrałam chyba regeneracyjny balsam do stóp, dzięki któremu bez zawstydzenia mogę eksponować moje nagie stopy w letnim, odkrytym obuwiu. Nakreśliłam kilka zdań na ten temat - musiałam się streszczać, gdyż miejsca było niewiele, i wrzuciłam wypełniony formularz do specjalnej skrzynki w sklepie, po czym o całej sprawie zapomniałam.

A tu taka miła niespodzianka. To lubię!

Woda toaletowa Retropical to  owocowo-kwiatowa mieszanka, nasuwająca skojarzenia z wakacjami na tropikalnej wyspie.  Jest to lekki, letni zapach, delikatny, nie naprzykrzający się, ale subtelnie przypominający o swojej obecności. Ja swojej wody jeszcze nie rozpakowałam. Dokładny jej opis znajdziecie na stronie Yves-Rocher i tam możecie zobaczyć kolorowa buteleczkę.

Bardzo ucieszyła mnie torebka, gdyż uwielbiam takie gadżety. Jest ona nadspodziewanie solidna i wytrzymała. Do noszenia w ręce, a uchwyty, choć plastikowe do złudzenia przypominają bambus. Na pewno będę ja eksploatować do końca lata.

Może nie wypada przy takiej okazji pisać o pieniądzach, ale woda toaletowa Retropical w cenie regularnej kosztuje 125zł.



niedziela, 21 lipca 2013

Dawno nie testowałam żadnej maseczki. Prawdę mówiąc, nie miałam ochoty nakładać niczego takiego na twarz w te gorące dni, a nawet w te chłodniejsze tez mi się nie chciało. wczoraj jednak zdecydowałam się na przetestowanie kosmetyku, który znalazłam w czerwcowym Shinybox i obiecałam Wam recenzję. Mam tu na myśli DERMO PHARM  maskę kompres 4D regenerująco-wygładzającą.

Maska ta została uznana kosmetykiem roku 2012. Producent określa ją jako innowacyjna i rewolucyjną - nasączona aktywnymi składnikami idealnie dopasowuje się do kształtu twarzy, równomiernie rozprowadza skoncentrowaną formułę oraz skutecznie działa  w kierunku wnętrza skóry.

Produkt dedykowany jest osobom, których problemem są oznaki zmęczenia widoczne na skórze, pierwsze zmarszczki, obniżona elastyczność skóry i utrata kolorytu.

Składniki aktywne, których skoncentrowana dawka zapewnić ma precyzyjne uderzenie w problem:

- Koenzym Q10

- kwas hialuronowy

- fitokolagen

- ekstrakt z akacji senegalskiej

- witamina E

- ekstrakt z alg

- alantoina

- ekstrakt z zielonej herbaty

-

W rezultacie , po zastosowaniu maski, uzyskać powinnyśmy:

- regenerację i odmłodzenie skóry

- wzmocnienie naskórka i spłycenie zmarszczek

- rozświetlenie i poprawę kolorytu skóry.

 

Zabieg  należy powtarzać 2-3 razy w tygodniu.

 

A co ja o tym myślę?

Przede wszystkim spójrzcie na ten kompres - to bardzo ciekawy widok, ale jeszcze ciekawiej przedstawiałam się ja z "tym" na twarzy, po prostu upiór z Luwru.

Materiał jest solidnie nasączony, ale nic nie spływa po szyi. Dobrze przylega do twarzy, nie zsuwa się, nie trzeba leżeć na czas zabiegu, ale nie do końca tak świetnia dopasowuje się do kształtu twarzy. Może dlatego, że jest dość sztywna. Zapach - przyjemny, trochę kojarzy się z zielona herbatą, ale jest jeszcze jakaś dodatkowa nuta, subtelny, nie natrętny. Po nałożeniu przyjemnie chłodzi skórę. Nie odczuwałam żadnego pieczenia ani swędzenia, nic mnie nie podrażniło. Maskę trzymałam na buzi 20 minut, zgodnie z zaleceniem producenta, żeby pozostawić ja na ok. 15-20 minut. Po zdjęciu kompresu, z czym nie było żadnego problemu i za to właśnie lubię tego typu maski, na skórze pozostała niewielka ilość koncentratu, który wmasowałam w twarz. Prze następne 2 godziny na twarzy wyczuwałam lekki film, a potem...poszłam spać, wiec nie wiem, kiedy całkiem znikł. Za to rano skóra na twarzy była miękka i delikatna, bardziej sprężysta i nawilżona. Co do zmarszczek i poprawy kolorytu obserwacji szczególnych nie mam, za to wygląd ogólny przedstawiał się zdecydowanie lepiej. Czyli - ogólnie na plus, choć przyznam się, że odczuwam pewien niedosyt. Może dlatego, że spodziewałam się czegoś bardziej spektakularnego?

Jeśli miałabym porównać tę maskę do maski z jedwabiu ORIENTANY, to jednak ORIENTANA wygrywa, i to zarówno w formie, jak i efektach działania. Niestety, jest prawie 3 razy droższa, gdyż maska kompres 4D kosztuje niecałe 7zł.

Ja jestem zwolenniczka masek kompresów, których nie trzeba zmywać z buzi, czasem z wielkim trudem. Dlatego chętnie wypróbowałabym jeszcze inne rodzaje tych produktów znajdujących się w ofercie DERMO PHARM. Muszę poszukać w aptekach, chyba nie ma problemu z ich dostępnością.

sobota, 20 lipca 2013

Jak już wspominałam, skusiłam się na lipcowe pudełko ze względu na obietnicę, że dostanę w nim az 8 kosmetyków, sześć standardowo i dwa w prezencie. Poszłam więc na ilość. Już po złożeniu zamówienia otrzymałam maila z informacją, że "wybrańcy losu" mogą liczyć na dodatkowy, dziewiąty kosmetyk. Do tej pory nie wiem, czy był to tylko chwyt marketingowy i wszyscy go dostali, czy rzeczywiście losowo wybrane osoby...Podsumowując, ja też otrzymałam dziewiąty kosmetyk i w efekcie za kwotę 49zł mam dziewięć produktów, w tym pięć pełnowymiarowych.

Pudełeczko niczego sobie, teraz od ilości przejdźmy do treści.

Po lewej stronie zauważyłyście zapewne małe opakowanie wody termalnej URIAGE, którą bez wątpienia zaliczam do ulubieńców sezonu. Nie będę się więc powtarzać, dodam jedynie, ze taka mała buteleczka to moje marzenie - wrzucam ją sobie do torebki i odświeżam się w dowolnym momencie dnia. To maleństwo ma pojemność 50ml i jest bardzo poręczne i wygodne.

Z tej samej marki otrzymałam miniaturkę kremu intensywnie nawilżającego Aquaprecis.  Produkt jest mi zupełnie nieznany. Ma to być lekki  i nietłusty krem, który natychmiast  dostarcza skórze uczucia świeżości i utrzymuje odpowiedni poziom nawilżenia. Unikalny skład chroni skórę prze zanieczyszczeniem środowiska.  Doskonale nadaje się jako baza pod makijaż. Jest hypoalergiczny. Nasza miniaturka ma pojemność 15ml, a pełnowymiarowy produkt o pojemności 40ml kosztuje ok. 65zł.

Teraz dwa pełnowymiarowe kosmetyki do makijażu, obydwa marki GRASHKA.  Muszę cos poczytać o tej firmie. Kiedyś w Shinybox był tusz do rzęs tej marki, ale jeszcze nie nadeszła jego kolejka w stosowaniu.

Perłowy cień do powiek ma naturalny, neutralny odcień, chyba ciepłego brązu. Nie chcę na razie go otwierać. Formuła cieni została przystosowana przede wszystkim do aplikacji na mokro. Opakowanie o wadze 2 g kosztuje ok. 7,90zł.

Ciekawym produktem jest baza pod cienie i do ust.  Baza ma przyczyniać się do niezwykłej intensywności i długotrwałości makijażu. Dzięki niej kosmetyki nie zbierają się w załamaniach skóry niezależnie od budowy oka.  Posiada cielisty odcień, a jej konsystencja ułatwia dokładną aplikację. Za opakowanie o pojemności 1,2ml zapłacimy ok. 11,90zł. Zainteresowało mnie to, zwłaszcza ze obecnie raczej żadnej bazy pod cienie nie używam, czasem tylko jasnego odcienia z poczwórnej palety korektorów KOBO. Chyba to przetestuję

A teraz najprzyjemniejsza dla zmysłu powonienia część... Zestaw L'OCCITANE  . składający się z żelu pod prysznic i mleczka do ciała oraz...dziewiątego kosmetyku w prezencie. I to właśnie ten prezent poczułam, gdy otworzyłam pudełko. Mydełko o zapachu Werbeny. Ktoś mógłby powiedzieć, ze to bzdeta i nie ma się czym ekscytować, ale to naprawdę bardzo przyjemny zapach i z chęcią wyłożę sobie w łazience takie mydełko, którego z pewnością w salonie L'OCCITANE bym sobie nie kupiła.

Wiem też, że dziewczyny, które dostają w "boxach" żele pod prysznic czy balsamy nie skaczą ze szczęścia. Mój zestaw bardzo mi się spodobał, także wizualnie. Na aromat tych kosmetyków, oprócz zapachu werbeny składają się również orzeźwiające wonie cytrusowe: pomarańcza, drzewo cytrynowe oraz geranium. Otrzymaliśmy urocze w formie miniaturki o pojemności 75ml, natomiast pełnowymiarowe kosmetyki o pojemności 250ml kosztują odpowiednio: żel - 59zł, a mleczko  - 95,00zł.Czyli raczej bym się na nie skusiła.

Na koniec - specjalny prezent, czyli dwa produkty do makijażu: lakier do paznokci Extreme Nails oraz podwójny cień do powiek z jedwabiem marki WIBO. Lakiery WIBO używałam i lubię, choć tej serii nie znam. Na szczęście kolor jest ładny, koralowy. Cieni tej marki nigdy nie miałam i nawet nie zdążyłam zapoznać się z opiniami w Internecie. W końcu to jednak prezent i wybrzydzać nie należy.

Ogólnie - zadowolona jestem i wcale nie obiecuję, że na tym pudełku poprzestanę, jeśli ShinyBox nadal będzie trzymać taki poziom.



wtorek, 16 lipca 2013

Od razu wyjaśniam, ze nie przedstawię tu listy super-produktów, ideałów bez wad, must-have każdej kobiety, bez których nie da się przetrzymać lata. Są to raczej moje propozycje kosmetyków, dzięki którym możemy poczuć się bardziej komfortowo i wyglądać atrakcyjnie nawet w upalny dzień. Nie jest to ranking produktów, tak więc kolejność ich prezentowania jest zupełnie przypadkowa

Zaczynając od lewej, pierwsza niepozorna tubka to bronzer do ciała i twarzy INGLOT. Jest to miniaturka produktu o pojemności 30ml, za która zapłaciłam 19zł. chciałam po prostu go wypróbować na własnej skórze, zanim zdecydowałabym się kupić pełnowymiarowy produkt o pojemności 150ml za 66zł. Bronzer występuje w wersji zwykłej i z drobinkami, które są jednak bardzo delikatne - to nie tandetny brokat, lecz subtelne rozświetlenie połyskujące w słońcu, które z powodzeniem można nosić na skórze na co dzień, nie tylko na imprezkę. W obydwu wersjach są jaśniejsze i ciemniejsze odcienie. Ja kupiłam sobie taki bronzer z drobinkami, jaśniejszy odcień o numerze 94. Jestem z niego niezmiernie zadowolona, gdyż:

- wybawił mnie od konieczności smażenia się na słońcu, co jest męczące, niezdrowe i  niezwykle postarza

- używania samoopalaczy, do których zupełnie nie jestem przekonana, gdyż w moim odczuciu wszystkie mniej lub bardziej cuchną, trudno się je aplikuje, a efekt nie zawsze jest zadowalający

- ewentualnie straszenia chorobliwą bladością nieosłoniętych partii ciała

- jest łatwy w aplikacji, nie pozostawia smug, nie brudzi odzieży

- wygląda jak naturalna opalenizna

- nie ściera się w ciągu dnia

Czego chcieć więcej? dodam tylko, ze zmywam go jeszcze przed kąpielą produktami do demakijażu, przy czym najlepiej sprawdza się olej kokosowy. Nie brudzi rzeczywiście odzieży, ale ten mój bronzer zostawia złocista poświatę na torebce, której ciągle dotykam. Pomimo tego, ze nie mam wielkiego doświadczenia z tego typu bronzerami, oceniam ten produkt bardzo wysoko i polecam. stosowałam tylko na ręce, dekolt, szyję - i tu sprawdza się świetnie

Jeśli chodzi o "opalanie" nóg, to odkryłam w tym sezonie rewelacyjne rajstopy w sprayu Sally Hansen. Kosmetyk ten szczególnie polecam kobietom. które z powodu różnych defektów urody swoich nóg (pajączki, żyłki, przebarwienia) lub z racji wykonywanej pracy nie chcą i nie mogą połyskiwać gołymi nogami. Ja należę do obydwu kategorii i rajstopy te są dla mnie prawdziwym ratunkiem, gdyż mogę nosić krótkie sukienki bez konieczności zakładania zwykłych rajstop przy temperaturze ponad 30 stopni Celsjusza. Rajstopy ładnie wyrównują koloryt, kryją wszelkie niedoskonałości, nawet żylaki. Ponadto mają też działanie pielęgnacyjne i dbaja o skóre na nogach, a nawet poprawiają stan drobnych naczynek krwionośnych. Ja mam odcień Medium, który daje efekt naturalnej opalenizny. Zauważyłam też, i to nie jest tylko moje spostrzeżenie, że za ich sprawą nogi są optycznie wysmuklone. Rajstopy są wodoodporne, nie spływają w ciągu dnia. Jest jeszcze wersja light i dark. W drogeriach widziałam, że kosztują ponad 50 zł za 75ml. Ja kupiłam swoje na Allegro za 34,50zł + koszty przesyłki - wyszło taniej.

Kolejny produkt jest Wam chyba doskonale znany dzięki kampanii reklamowej marki NIVEA. Zdecydowałam się na zakup nawilżającego balsamu do ciała pod prysznic dla skóry normalnej i suchej. Jest jeszcze wariant odżywczy w granatowym opakowaniu. Ja kupiłam produkt w mniejszym opakowaniu, 250ml, za cenę 13,99zł w promocji w Super=Pharm. Balsam zawiera morskie minerały i z deklaracji na opakowaniu wynika, ze powinien pozostawiać naszą skórę jedwabiście miękką. Z tą "jedwabistością" to raczej bym nie przesadzała. Balsam w jakimś tam stopniu nawilża, ale na pewno jest mniej skuteczny niż tradycyjne kosmetyki pielęgnacyjne, nakładane po prysznicu i wysuszeniu ciała, bez spłukiwania. Z pewnością nie poradzi sobie z przesuszonymi partiami ciała na ramionach, łokciach, kolanach, dlatego nie stosowałabym go jako podstawowej pielęgnacji na co dzień, lecz traktuje go jako "program minimum" nawilżania skóry latem. Jego główną zaletą jest oczywiście to, ze nie trzeba czekać, az się wchłonie i nie pozostawia na skórze tłustego filmu, a w gorące dni, kiedy i tak się pocimy, nie do zniesienia byłoby jeszcze lepić się za sprawa balsamu. Będę więc stosować, po porannym prysznicu, a wieczorem coś bardziej "treściwego".

I następny doskonale znany produkt, który jest niezwykle popularny wśród internautek. Oto woda termalna URIAGE, której niewątpliwa zaleta polega na tym, ze można ja pozostawić na skórze bez osuszania i nie wyrządzimy sobie żadnej krzywdy. Świetnie odświeża, orzeźwia, niczym delikatny prysznic w środku dnia i łyk wody dla spragnionej skóry. Swoją wodę kupiłam na promocji w Super-Pharm w cenie 19,99zł za 150ml.

Na koniec produkt, którego używam na okrągło przez cały rok, zawsze mam przy sobie w torebce tubkę SOS żelu oczyszczającego do rąk Yves-Rocher. Jest to żel do mycia rąk bez wody i mydła z arniką bio o właściwościach ochronnych. Kosmetyk ten sprawdza się szczególnie latem, kiedy to, mówiąc wprost, nasze dłonie często są spocone i po prostu lepkie. Żel dobrze oczyszcza, odświeża, ładnie, rześko pachnie cytrusami i lekko chłodzi. Wiem, ze wiele marek ma produkty tego rodzaju w swojej ofercie, ja jednak polubiłam właśnie ten. Kupuję go zawsze na promocji, a jego cena regularna to 9,90zł za 30ml.

Tak przedstawiają się moje propozycje. Ciekawa jestem, jakie są Wasze ulubione kosmetyki na gorące, letnie dni. co się u Was najlepiej sprawdza? Byłoby miło, gdyby ktoś zechciał podzielić się swoimi propozycjami. może znajdę jakiś nowy produkt do przetestowania i opisania? chętnie poczytam, co macie do napisania, bo na razie to tylko ja piszę i piszę. czekam na coś fajnego do poczytania....







 



 



czwartek, 11 lipca 2013

Tak sobie pomyślałam, że zazwyczaj jedynie chwalę się tym, co otrzymałam w kolejnych pudełkach ShinyBox i wygląda to tak, jakby wszelki slad po tych kosmetykach zaginął. A przecież idea takiego pudełka z kosmetykami polega na testowaniu ich i dzieleniu się opinią. Rzeczywiście wiele z tych produktów używałam, bądź nadal używam, część oddałam, niektóre czekają na swoją kolejkę. Warto byłoby choć w kilku słowach napisać, co sądzę o kosmetykach, których używałam i stąd pomysł na krótką recenzję produktu z czerwcowego pudełka, czyli peelingu solnego Drzewo herbaciane i Zielona glinka Green Pharmacy.



Do tej pory Green Pharmacy kojarzyła mi się jedynie z produktami do pielęgnacji włosów. Używam ziołowego eliksiru do włosów tej marki oraz rewelacyjnego olejku łopianowego z papryczką. Teraz mam przyjemność testować jeden z wielu peelingów oferowanych przez Green Pharmacy. Jest to peeling solny, jak wynika z opisu, zawiera naturalne kryształki soli. Dalej czytamy: "Oczyszczanie, pielęgnacja, aromat, relaks dla ciała i zmysłów. Delikatne złuszczanie naskórka, poprawa mikrokrążenia. Gładka i miękka skóra. Ekstrakt z liści drzewa herbacianego działa przeciwzapalnie, ułatwia gojenie. Zielona glinka wygładza."

Wiem, że liczy się przede wszystkim zawartość, ale dla mnie estetyka opakowania nie jest bez znaczenia. Zewnętrzna szata peelingu od razu mnie urzekła - jest to prawdziwa ozdoba łazienki, takie pudełeczko w stylu retro.

W środku znajduje się kosmetyk w kolorze zielonym, bardzo zwarty. Pachnie drzewem herbacianym i dla mnie ten zapach jest bardzo przyjemny, relaksujący.

 

Jeżeli chodzi o aplikację...Nie wiem, czy tylko ja mam takie odczucia, a inni radzą sobie lepiej z jego rozprowadzaniem na skórze. Po pierwsze, jest on niezwykle zwarty i musze urywać go jak ciastolinę, a później formować w dłoniach. Po drugie, mam problem, żeby to nałożyć na skórę. Część ląduje w brodziku, a ja wmasowuję resztki w skórę, co stopniowo staje się coraz łatwiejsze. Drobinki są  niewielkie i nie trą boleśnie, ale efekty są zachwycające. Wychodząc spod prysznica czuję się lżejsza o cały ten złuszczony, martwy naskórek. Skóra jest miękka i gładka. Potwierdzam też skuteczność działania przeciwko wszelkim wypryskom i innym niedoskonałościom na naszym ciele.

Musi być jednak jakiś minus...Jak nie ma się czego przyczepić, to trzeba przeczytać napisany drobnym maczkiem skład. Na wierzchu opakowania widnieje dumnie deklaracja, że kosmetyk nie zawiera parabenów, silikonów, SLS ani SLES. Super! Jednak czytając skład widzimy, że na drugim miejscu po soli znajduje się nasza dobra znajoma, parafina. A więc to ona, a nie zielona glinka, sprawia, że skóra jest gładka jak wypolerowana. Ponieważ jednak peeling ten żadnej szkody, którą przypisać bym mogła parafinie, mi nie wyrządził, a wręcz przeciwnie, dobrze oczyszcza i pielęgnuje moją skórę, wybaczam ten minus. Za całokształt - bardzo pozytywnie. Do tego stopnia, że chętnie spróbowałabym innych rodzajów. Są bowiem inne wersje peelingu solnego, ale też w ofercie Green Pharmacy występują peelingi cukrowe i cukrowo-solne. Nigdy jednak nie widziałam ich w żadnej drogerii albo po prostu nie zwracałam uwagi. Cena jest również przystępna , 16-17zł/300ml, a produkt jest bardzo wydajny.

A tak na marginesie - skusiłam się na lipcowy ShinyBox! Tym razem poszłam na ilość, gdyż ShinyBox obiecał aż 8 kosmetyków w pudełku! może za tydzień już będzie, a Wy dostaniecie gorącą relację z pierwszych chwil po otwarciu.



 
1 , 2
Tagi
KobietaMag.pl - Klub Urody