Kategorie: Wszystkie | kuchnia | uroda, pielęgnacja | wszystkie
RSS
niedziela, 27 października 2013

     Kiedy rok temu zaczynałam zabawę w blogowanie, do głowy nawet by mi nie przyszło, że mój blog przetrwa cały rok i będzie się miał całkiem dobrze. Ja mam do wszystkiego taki "słomiany" zapał - coś zaczynam z wielkim entuzjazmem, a potem szybko mi się nudzi. Pisanie bloga sprawia mi nadal ogromną przyjemność. Dzięki temu poznałam mnóstwo nowych kosmetyków, miałam okazję do uczestniczenia w różnych testach, nawiązałam kontakt z marką Yves-Rocher, skąd dostaję od czasu do czasu produkty do przetestowania. Wiele nauczyłam się o pielęgnacji, zaczęłam bacznie przyglądać się kosmetykom, zanim je zakupię i nałożę na własną skórę. Przez ten rok zmieniłam się, na plus, oczywiście. Nie mam aż tyle czasu, żeby dopieszczać mojego bloga, publikować więcej postów, w szczególności tych niosących konkretną wiedzę.      Wybaczcie więc wszystkie niedociągnięcia. Nie jest to blog idealny, ale chyba da się czytać, skoro ktoś tu zagląda?

    Dlatego chciałabym jakoś podziękować moim Czytelniczkom i mam dla Was takie skromne rozdanie. Nie będzie to właściwie konkurs, choć tak nazwałam tę akcję. Wystarczy, że zostawicie pod tym postem komentarz o dowolnej treści. Byłoby miło, gdybyście miały jakieś wskazówki lub uwagi dotyczącego mojego bloga lub tak ogólnie - o czym lubicie czytać na blogach, jakich treści szukacie, o czym jeszcze, poza kosmetykami, mogłabym pisać na tym blogu? W komentarzu należy też wpisać numer wybranej nagrody...

    A teraz najważniejsze, czyli nagrody. Na początku muszę wyjaśnić, że nagrody nie są sponsorowane przez żadną firmę i pochodzą z moich własnych zasobów, czyli fundatorem jestem JA.



    Są trzy zestawy:

nr1 - The Body Shop masło do ciała Moringa oraz dwie maski na cellulit: Lirene antycellulitowa maska do ciała  STOP CELLULIT i tołpa modelująca maska antycellulitowa

 

 

nr2 - Sephora pomadka kremowa w kolorze czerwonym, Essie lakier do paznokci 5ml NAUGHTY NAUTICAL zielono-niebieski z drobinkami oraz Anatomicals upiększająca maseczka do twarzy nawilżająca

 

 

nr3- Yves-Rocher Hydra Vegetal krem intensywnie nawilżający SPF25 oraz tej samej marki peeling roślinny z maseczką nawilżającą

 

 

Zachęcam do udziału - wystarczy komentarz, numer zestawu - konkurs trwa od dzisiaj, czyli 27 października do 10 listopada włącznie (do północy).  Wyniki powinny być na moim blogu w świąteczny dzień 11 listopada - po prostu wylosuję trzech szczęśliwców.

 

 

Powodzenia!!!

wtorek, 22 października 2013

    Po pewnych zawirowaniach z kurierem, który postanowił podejmować próby doręczenia przesyłki dokładnie poza godzinami, o których poinformowano mnie sms-em, nie próbując jednak nawiązać kontaktu telefonicznego, udało się! Otrzymałam moje październikowe pudełko ShinyBox w zupełnie nowej odsłonie. Pokrywka jest ciemna z naklejką - różową wstążeczką symbolizującą walkę z rakiem piersi. dół pudełka jest różowy w kwiaty.

 

    A wewnątrz? Od czego by tu zacząć? Może od tych karteczce, kuponów, zniżek... Przede wszystkim - po raz kolejny znajdujemy kupon rabatowy 10 % na następne pudełko, który to kupon na pewno się przyda. Jeszcze jeden kupon rabatowy: 10% zniżki na zakupy w sklepie mineralnie.pl, oferującymi mineralne kosmetyki do makijażu oraz pędzle.  W pudełku znalazła się również ulotka przypominająca o konieczności  badania i obserwowania swoich piersi.

    Zanim przejdę do prezentacji kosmetycznej zawartości pudełka - czas na coś z dziedziny mody. Tym razem ShinyBox podarował nam 2 bransoletki  pochodzące ze strony www.fulloffashion.pl

 Z opisu wynika, że bransoletki te zostały zaprojektowane z myślą o mnie. No cóż...Kiedy w czasach liceum moje koleżanki nosiły takie "niciane" ozdoby, uznawałam je za infantylne. Mam znajomą, starszą ode mnie o dziesięć lat. Ona lubuje się w czymś takim, więc chyba jej oddam, bo czuję się zbyt poważna na taką "biżuterię". Koszt tych dwóch bransoletek to 30zł. Podobno te koronkowe bransoletki w krótkim czasie szturmem podbiły świat. Uwielbiane są również przez gwiazdy. Są niezbędnym elementem modnej stylizacji. Trudno, nie będę zatem modna. A jak Wam się podobają?

    W tym miesiącu otrzymujemy 3 kosmetyki pełnowymiarowe oraz dwie miniatury, ale całkiem pokaźnych rozmiarów.

    Na początek coś, z czego nie skorzystam z przyczyn technicznych. Nie posiadam bowiem wanny a dostałam ... płyn do kąpieli HOT&SPICY ORGANIQUE.

 Płyn jest bardzo aromatyczny, przepięknie pachnie pomarańczami, z odrobiną ostrego chili i przypraw3ami. Ma też nawilżać i odżywiać skórę. Zaniosę go do mamy, może użyczy wanny na jedną kąpiel? Płyn jest gęsty, powinien być wydajny. Otrzymany produkt (pełnowymiarowy) to pojemność 125ml, za który płacimy 21,90zł.

    Kolejny pełnowymiarowy produkt to Maska do twarzy z witamina E THE BODY SHOP.

Niesamowite, bo w ubiegłym tygodniu byłam w sklepie THE BODY SHOP i miałam tę maskę w ręcę! Zastanawiałam się, czy jest fajna, choć nawet nie brałam pod uwagę jej zakupu. A tu proszę! Mówisz - masz! Maska znajduje się w saszetce o pojemności 6ml, czyli na pewno wystarczy na więcej niż jedną aplikację. Jest to intensywnie nawilżająca maseczka do każdego typu cery,  takie maseczki bardzo lubimy, z ogromną przyjemnością przetestuję i zdam raport.

Cena maski - 10zł za saszetkę.

    Jeśli chodzi chodzi o następny, ostatni już pełnowymiarowy produkt, to ShinyBox też chyba czytał w moich myślach i poznał moje upodobania, wrzucając do pudełeczka ... płatki pod oczy marki SYIS.



 

Zupełnie nie znam tej nazwy, ale tym chętniej wypróbuję. Są to płatki z efektem botoksu  likwidujące zmarszczki mimiczne. Dodatkowa zawartość rumianku , kwasu mlekowego i glikolowego oraz witaminy C rozjaśniają cienie pod oczami. Płatki  idealnie nadają się do zastosowania przed "wielki wyjściem". Dzięki, ShinyBox! Obym się nie rozczarowała!

Cena za opakowanie to 26zł, a więc całkiem sporo, jeśli porównam to z cenami stosowanych przeze mnie dotychczas płatków...

    I kolejne marzenie do spełnienia: Sache VITE - żelowy, szybkoschnący, utwardzający lakier ochronny.

    Tyle się o nim nasłuchałam i naczytałam. Bardzo chciałam wypróbować ten kultowy już top coat i teraz mam okazję, bo w moje ręcę trafiła miniatura tego produktu. Buteleczka ma pojemność 3,8ml, a więc jak na lakier całkiem przyzwoicie. Pełnowymiarowy produkt o pojemności 14ml kosztuje aż 34zł.

    Teraz produkt do pielęgnacji włosów: balsam do włosów 60- sekundowy GOLDWELL.

    Ja za takimi produktami nie przepadam, bo mam swoja ustalona pielęgnację i w tej akurat dziedzinie wolę nie eksperymentować. Zazwyczaj więc kosmetyki do włosów trafiają do mojej siostry, która swoja opinię ogranicza jedynie do stwierdzenia, że sa OK lub nie-OK. Wracając do balsamu, jest to bestseller światowej klasy, regenerujący włosy w 100% w 60 sekund. Odbudowuje nawet poważne uszkodzenia struktury włosów głęboko od wewnątrz. Zapewnia imponującą elastyczność i połysk.

    Miniaturka ma pojemność 50ml, a zatem powinna pozwolić na solidne przetestowanie. Pełnowymiarowy produkt o pojemności 200ml kosztuje 64zł.

    I jeszcze kosmetyczny prezencik: saszetką szamponu z serii ELESTABion od marki FLOS-LEK.

   Jest to szampon dermatologiczny przeznaczony do włosów z łupieżem. A jak ktoś nie ma to też może umyć? Może fajnie zadziałać na skórę głowy, złagodzić podrażnienia...Spróbuję...

    Podsumowując: jestem bardzo, bardzo zadowolona z tego pudełka, o czym mogłyście przekonać się już z tonu mojej pisemnej wypowiedzi. Kupon rabatowy na listopad na pewno zostanie wykorzystany.

  

niedziela, 20 października 2013

    Jakiś czas temu pisałam o mojej "zdobyczy" ze strony L'Occittane, w postaci zestawu próbek ich najnowszego osiągnięcia, czyli kremu DIVINE.  W skład zestawu wchodzi 7 saszetek po 1 ml każda, przeznaczonych na tygodniowe testowanie. O sposobie zdobycia tego zestawu piszę więcej TUTAJ albo możecie od razu poszukać potrzebnych informacji na stronie tej marki - mam nadzieję, że akcja jest jeszcze aktualna, nie sprawdzałam...

    Postanowiłam w końcu podjąć wyzwanie i przekonać się, czy krem ten jest nie tylko z nazwy "boski". Jestem pewna, że 7 dni to zdecydowanie za mało, żeby poznać wszystkie możliwości kremu pielęgnacyjnego, w szczególności takiego, któremu przypisuje się rewelacyjne właściwości odmładzające. Z drugiej strony, jest to za krótki czas, aby okrzyknąć go bublem, który nic na naszej twarzy nie zdziałał. Dlatego chciałabym podzielić się z Wami swoimi pierwszymi wrażeniami związanymi z aplikacją tego kosmetyku.

    Krem Divine z serii Immortelle zawiera udoskonaloną formułę w stosunku do oferowanych już przez markę L'Occittane kosmetyków opartych na działaniu przeciwstarzeniowym olejku eterycznego organicznego Immortelle - nieśmiertelnika, rośliny pochodzenia śródziemnomorskiego. Oprócz Immortelle w skład kremu wchodzą: eteryczne olejki roślinne, pochodna witaminy C, witamina E i pietruszka. Krem nie zawiera olejów mineralnych, parabenów ani sztucznych barwników.

    Ja używałam kremu rano, wmasowując go lekko zgodnie ze wskazówkami przedstawionymi w instruktazowym filmiku na stronie producenta. Krem ma przyjemną, aksamitną konsystencję. Bardzo dobrze rozprowadza się na skórze, ma taki jedwabisty poślizg. Nie wchłania się błyskawicznie, ale nie pozostawia lepkiej warstwy. Jest to raczej cienka, całkiem przyjemna w noszeniu warstewka. U mnie nie spowodował  świecenia, ale myślę, że w przypadku skóry mieszanej i tłustej "błysk" mógłby być zbyt znaczący i dawałby efekt "tłustości".

    Zapach...Wiecie, że jestem wrażliwa na zapachy i podczas testowania kremu Immortelle w niebieskim słoiczku najbardziej przeszkadzała mi jego woń: ziołowo-pietruszkowa. Tym razem jest zdecydowanie lepiej. Zapach też kojarzy się z ziołami i jest intensywny, ale mnie nie drażni. Jeżeli jednak komuś ten aromat się nie spodoba, to ma problem, gdyż zapach jest trwały i wyczuwalny nawet po kilku godzinach.

    Krem bardzo dobrze sprawdził się jako baza. Podkład bardzo dobrze się rozprowadzał, nie ważył się, nie rolował. Z powodzeniem zastąpił moją bazę wygładzającą.

    Moja skóra jest ostatnio w niezłej nawet formie i krem ten nie zaprzepaścił trudów zastosowanej pielęgnacji. Buzia była nadal bardzo dobrze nawilżona, wygładzona. Zaobserwowałam też poprawę kolorytu skóry i jej struktury, tak minimalnie. Większych bruzd nie wyprasował.

    Przetestowałam i zaspokoiłam ciekawość. Wiem na pewno, że go nie kupię i nie rozważam takiej możliwości. Nie chodzi nawet o cenę, choć ta jest niemała (350zł/50ml) i nie jestem pewna, czy byłby on rzeczywiście jej wart? Stwierdziłam jednak, że może jeszcze za wcześnie na taki kremik, gdyż spektakularne efekty być może przyniósłby on dla cery bardziej dojrzałej. Póki co, moja skóra ma się dobrze przy zastosowaniu mniej zaawansowanej i tańszej pielęgnacji.

    Jeśli jednak macie okazję, zachęcam do wypróbowania. Może dojdziecie do innych wniosków?

czwartek, 17 października 2013

    Wkręciłam się w te maseczki i sięgnęłam po kolejną, którą zakupiłam już jakiś czas temu, a leżała sobie spokojnie i czekała na swoją kolej w pudełku z maseczkami - pudełko oczywiście z ShinyBox, to ładne, urodzinowe.

    Wybrałam oczywiście maskę  materiałową, gdyż nie miałam ochoty na całą tę papraninę z nakładaniem jakiejś mazi na twarz a później jej zmywanie...Idealna wydała mi się więc Maseczka liftingująca w płatku flizelinowym z ekstraktem z pomidora i zielonej herbaty Exclusive Cosmetics.

    Przeznaczona jest do cery dojrzałej oraz wykazującej oznaki zmęczenia i starzenia. Zawiera aktywny składnik zapewniający zarówno redukcję powierzchniowych jak i głębszych zmarszczek oraz długotrwale wygładza. wyciąg z pomidora chroni kolagen przed uszkodzeniami. Wspomaga regenerację komórek. Przyspiesza efekt wygładzenia, napięcia i odmłodzenia oraz relaksująco wpływa na zmęczoną i zszarzałą skórę, poprawiając jej koloryt. Maseczka ma sprawić, że skóra  staje się ujędrniona, odmłodzona i jedwabiście gładka w dotyku.

    Już na samym początku plus za opakowanie. Maseczka znajduje się w płaskim kartoniku, który z łatwością się otwiera, a w środku znajdujemy foliowy woreczek z płatem materiału. UWAGA! Płatek flizeliny jest bardzo obficie nasączony płynem, który wycieka do wnętrza woreczka Dlatego uważajcie, żeby się nim nie oblać. Maseczka dobrze się dopasowuje i ściśle przylega. Przyjemnie chłodzi można się w jej towarzystwie zrelaksować, tym bardziej, że naprawdę przyjemnie pachnie.  Trzymałam ją na twarzy przez maksymalnie zalecany czas - 30 minut, po czym zdjęłam i wklepałam resztki żelu w skórę. Wchłonął się zupełnie i nie pozostawił żadnej "lepkości" na skórze.

     Efekty?

     Muszę przyznać, że zaintrygował mnie składnik aktywny w postaci wyciągu z pomidora i ciekawa byłam jego działania, choć cudów się nie spodziewałam. I słusznie, chociaż niewątpliwie po zastosowaniu tej maseczki widoczne są pozytywne skutki dla wyglądu skóry. Przede wszystkim stała się ona gładka i przyjemna w dotyku, tak jak po większości przyzwoicie działających maseczek tego rodzaju. Skóra stała się też bardziej sprężysta i napięta, ale nie wystąpił efekt nieprzyjemnego ściągnięcia.  Spłyce3nia zmarszczek nie zaobserwowałam. Natomiast bardzo spodobał mi się wygląd mojej twarzy następnego ranka. Po przebudzeniu wyglądałam jak osoba wyspana i wypoczęta, co zadziwiło koleżanki i kolegów w pracy.

   Podsumowując - może nie jest to rewelacja, ale całkiem przyzwoita maseczka, którą polecam od czasu do czasu posiadaczkom zmęczonej, zszarzałej cery.

    nie pamiętam już gdzie i za ile ją kupiłam. Wydaje mi się, że w Rossmannie i kosztowała na pewno mniej niż 10zł.

wtorek, 15 października 2013

   Chociaż lubię większość masek materiałowych, tj. nawilżające, liftingujące, relaksujące itp., to do maseczek oczyszczających tego typu jeden dość sceptycznie nastawiona. Wydaje mi się, że nie są tak skuteczne i nie dają tak widocznych i spektakularnych wręcz efektów jak np. w przypadku zastosowania różnych glinek o właściwościach oczyszczających. Pomimo tego, a może właśnie dlatego, postanowiłam też przetestować głęboko oczyszczającą maskę na twarz Marion SPA.

    Z opisu produktu: "GŁĘBOKO OCZYSZCZAJĄCA maska na twarz , działająca na zasadzie peelingu enzymatycznego. Dzięki zawartości  aktywnego enzymu keratolicznego  delikatnie usuwa zrogowaciałe komórki naskórka bez  konieczności tarcia podczas stosowania maseczki. Maseczka wzbogacona została o ekstrakt z brzoskwini, który zmiękcza naskórek, delikatnie ściąga rozszerzone pory, działa odświeżająco i regenerująco. Dodatkowo zawarta alantoina  przyspiesza odbudowę uszkodzonego naskórka, zapewnia optymalne nawilżenie, łagodzi podrażnienia oraz wygładza skórę. "

 

   Wszystkie warunki "techniczne" zbliżone do omawianej poprzednio maski liftingującej. Miałam trochę problemów z precyzyjnym umieszczeniem płata materiału na twarzy. Albo był dziwnie skrojony, albo za bardzo nasączony, wręcz ciężki od płynu. W końcu mi się udało! Dla odmiany nie czułam chłodzenia i mrowienia, ale lekkie pieczenie, jednak po zdjęciu maski skóra nie była zaczerwieniona ani podrażniona. Zapach niestety znowu mnie drażnił. Jest naprawdę intensywny - czyżby tym razem ekstrakt z brzoskwini?

   Jakie to przyniosło efekty?

   Jeśli ktoś spodziewał się czystej jak alabaster skóry, bez jednego zaskórnika i krostki, to nie zobaczy tego w lustrze. Ja jednak nie wystawię złej oceny tej masce i nie napiszę, że nic nie zrobiła na mojej buzi, gdyż byłoby to kłamstwo.

   Dla mnie najistotniejszy  i najbardziej zauważalny był efekt ukojenia  i złagodzenia podrażnień, w szczególności zmniejszenie się kilku krostek, które miałam na twarzy. Stały się mniej widoczne i mniej odczuwalne.

    Ponadto skóra rzeczywiście była miękka, wygładzona i lekko rozjaśniona.

    Zwężenia porów nie zaobserwowałam.

    Podsumowując - sprawdza się jako delikatny, bardzo łagodny peeling enzymatyczny. Jeśli ktoś jest jednak zwolennikiem porządnego szorowania twarzy w celu jej oczyszczenia i może sobie na takie działania pozwolić - tak maska nie spełni jego oczekiwań i będzie jedynie kosmetycznym gadżetem, chwilą relaksu dla skóry, bez większych efektów.

   Nie wiem, czy będę ją stosować systematycznie, ale jeśli nadarzy się okazja, nie będę wzbraniać się przed jej kolejną aplikacją.

    Nabyłam ją w Auchan za 4,04zł.

sobota, 12 października 2013

   Bardzo byłam ciekawa masek na twarz marki Marion, które nabyłam podczas moich niezwykle odkrywczych zakupów w Auchan. Nie mogłam się zdecydować, więc na początek wybrałam dwie maseczki tej marki, w tym właśnie Liftingującą maskę na twarz Marion SPA.

   Maska ma postać włókiennego płata jednorazowego użytku - ten typ maseczek należy do moich ulubionych.

   Z opisu produktu wynika, że LIFTINGUJĄCA maska idealnie dopasowana do twarzy, skutecznie wygładza, działa przeciwzmarszczkowo i rewitalizująco. Innowacyjny składnik aktywny PERMALAN  oraz ekstrakt z wiśni doskonale napinają , ujędrniają skórę oraz usuwają drobne zmarszczki. Witamina C poprawia koloryt cery oraz spowalnia proces starzenia się skóry poprzez wytwarzanie i regeneracje kolagenu. Witamina E neutralizuje szkodliwe działanie wolnych rodników, doskonale nawilza, regeneruje i  uelastycznia skórę. Niezwykle wygodna w stosowaniu maska polecana jest do cery zmęczonej i dojrzałej.

 

   W jakiś tam sposób wpisuje się w grupę docelową, czyli maska jest dla mnie. Z zapałem przystępuje do testu...

   Wyjęłam płat z saszetki - materiał jest dość cienki, ale solidny, przy tym miękki, więc nie będzie "drapał" i podrażniał. Nasączona jest w sam raz - wilgotna, ale nic z niej nie ścieka. Dobrze dopasowuje się do twarzy i ściśle przylega, można więc wcale się nia nie przejmować i zajmować się dowolną aktywnością. Pierwsza rzecz, która uderzyła mnie w nozdrza, to jej zapach. Bardzo intensywny. Po chwili przyzwyczaiłam się, choć nadal wyczuwałam jakąś nieprzyjemną dla mnie nutę. Myślę, że to ekstrakt z wiśni.

   Maskę pozostawiłam na twarzy zgodnie z zaleceniem na 10 minut. Jest to różnica w stosunku do używanych przeze mnie dotychczas materiałowych masek, gdyż tamte należało trzymać na twarzy ok. 30 minut. Po jej nałożeniu odczuwałam przyjemne chłodzenie, lekkie mrowienie, a następnie rozluźnienie mięśni twarzy. Ogólnie - wrażenia całkiem przyjemne Maska zeszła bez problemu i przemyłam twarz wodą. To też dla mnie nowość przy tego typu produktach, gdyż w przypadku innych masek pozostałość niewchłoniętego żelu należało po prostu wmasować w skórę. Tym razem nie polecałabym takiego rozwiązania, gdyż na twarzy pozostaje lepka, kleista warstwa, która lekko ściąga.

     Po tych wszystkich niezbyt uciążliwych i niezbyt skomplikowanych czynnościach przyszedł moment na ocenę efektów.

    Maska autentycznie działa, czyli zdała egzamin. Moja buzia była miękka, przyjemna w dotyku i jakoś tak lepiej wyglądała. Znowu pojadę sloganem, ale najbardziej pasuje mi określenie, że wyglądała na rozświetloną od wewnątrz.. Wyraźnie spłycone zostały takie drobne zarysowania, zawiązki prawdziwych zmarszczek. Skóra rzeczywiście była napięta (bez przesady oczywiście) oraz bardziej sprężysta. Podobało mi się to i pomyślałam, że ta maska byłaby fajnym rozwiązaniem przed jakimś wyjściem, imprezą, kiedy chcemy wyglądać promiennie i olśniewająco, a nasza twarz sprawia wrażenie zmęczonej i nieco "pogniecionej". Maska działa błyskawicznie i skutecznie poprawia naszą urodę. Polecam więc jako kosmetyk "last minute", ale również do systematycznego stosowania. Przeczuwam, że w tej małej saszetce drzemie wielki potencjał i po jednorazowym zastosowaniu nie powiedziała ona jeszcze ostatniego słowa...

     Ja zapłaciłam za maskę w Auchan 4,04zł. Cena też wyróżnia ten produkt na tle innych stosowanych przeze mnie masek tego typu - na plus oczywiście! Przypuszczam, że mogą być również w Naturze.



piątek, 11 października 2013

   Dzisiaj  nadszedł moment, aby podzielić się moim prawdziwym odkryciem, którego dokonałam również w czasie zakupów w Auchan. Ponieważ mam skrzywienie na punkcie pielęgnacji stóp i w każdej drogerii szukam nowego, lepszego kremu do przetestowania, nie inaczej zachowałam się na dziale kosmetycznym w Auchan. Nie miałam już pomysłu na krem, więc wzięłam ten kremik Ziai, który wyróżniał się formą opakowania, gdyż znajduje się on w pomarańczowym słoiczku, podczas gdy wśród kosmetyków tego rodzaju zdecydowanie przeważają tubki.

   Krem wchodzi w skład serii głęboko odżywczej, dedykowany jest do pielęgnacji rąk i stóp, a właściwości swe zawdzięcza takim składnikom aktywnym jak olej z oliwek i olej słonecznikowy.

   Jak działa - wg obietnic producenta?

- zapobiega pękaniu i nadmiernemu rogowaceniu naskórka

- doskonale zmiękcza, przywraca skórze gładkość i elastyczność.

 

   Zanim przejdę do moich refleksji nad tym kremem, kilka słów o składzie. O tych bezsprzecznie dobrych składnikach, jak oleje, już wspomniałam, jednak musicie wiedzieć, że kosmetyk ten jest na bazie parafiny, która znajduje się na pierwszym miejscu listy składników. Jednak uspokoję Was, jeśli samo słowo "parafina" wywołuje u Was zdecydowaną niechęć do używania danego produktu. Otóż nasze stopy i dłonie to jedyne części ciała, którym parafina nie szkodzi, a wręcz przeciwnie - jej właściwości mają na nie działanie dobroczynne. Parafina doskonale chroni skórę stóp i dłoni przed utratą wody i pomaga w utrzymaniu prawidłowego poziomu nawilżenia, właśnie dzięki tej tłuszczowej powłoczce, która na innych częściach ciała, a w szczególności na twarzy, bardzo nam przeszkadza, m.in. zapychając pory. Stopom i dłoniom to nie grozi.

   Efekty stosowania tego kremu na stopy przerosły moje oczekiwania. Nie pamiętam kremu, po którym moje stopy byłyby takie gładkie, skóra miękka i elastyczna. Krem ładnie pachnie i zapach ten w żaden sposób nie kojarzy się z kosmetykami do stóp - żadnej nuty mentolowej! Jest bardzo gęsty i bardzo tłusty. Wiem, że nie każdemu może to odpowiadać. Wolno się wchłania i pozostawia tłustą warstwę. Ja stosuję ten specyfik jedynie wieczorem, przed pójściem spać, a dodatkowo zakładam bawełniane skarpetki. Ponieważ moje stopy są zasadniczo w dobrej kondycji, taką kurację stosuję 1-2 razy w tygodniu, a na co dzień używam czegoś lżejszego.

   Przyznam, że na dłonie zaaplikowałam krem tylko raz i szybko założyłam bawełniane rękawiczki az do całkowitego wchłonięcia. Nie jest to kremik, którym smarujemy sobie ręce kilka razy dziennie a potem zabieramy się za wykonywanie bieżących prac. Też proponowałabym stosować go na noc, najlepiej z rękawiczkami. Jednak wysiłek ten zostanie nagrodzony pięknymi, zadbanymi dłońmi. Polecam ten krem wszystkim osobom, które cierpią z powodu przesuszonej, spierzchniętej i stwardniałej skóry na rękach i stopach. Warto o tym pomyśleć  przed zimą, kiedy w związku z mrozami i przesuszonym powietrzem dolegliwości te mogą się nasilać. Dla mnie ten głęboko odżywczy krem będzie jednym z must - have nadchodzącej zimy.

   Ja kupiłam swój krem w Auchan za 5 zł z groszami, ale wiem, że dostępny jest powszechnie w aptekach. Opakowanie ma pojemność 50ml i z tego co widzę, kosmetyk będzie wydajny. Forma słoiczka nie jest żadną wadą - i tak nie nadaje się do tego, żeby nosić go w torebce i smarować nim dłonie w ciągu dnia. Stoi więc u mnie ten słoiczek na szafce nocnej i jest aplikowany tuz przed snem, gdyż jakiekolwiek spacery z tłustą warstewka na stopach mogłyby skończyć się nieszczęśliwym wypadkiem...

   Polecam!

czwartek, 10 października 2013

    Wiem, że obiecałam posty na temat maseczek Marion i obietnicy dotrzymam, ale muszę, po prostu muszę opisać pewne zdarzenie... Mam nadzieję, że nie będziecie zawiedzione.

   W tym miesiącu postanowiłam nie korzystać z oferty sklepu stacjonarnego Yves-Rocher, gdyż nie miałam  jakiejś większej potrzeby i nie zostałam niczym specjalnym skuszona. Nie mogłam jednak nie zauważyć nowej akcji trwającej w salonach tej marki w dniach 4 -13 października. MAKE UP DAYS! Czy mogłabym się nie zainteresować szczegółami?

   Po pierwsze - w czasie MAKE UP DAYS  obowiązuje promocja na kosmetyki do makijażu -20%, a przy zakupie dwóch takich produktów otrzymujemy prezent: kosmetyczkę na kosmetyki do makijażu i pędzle.



 

 

   Kosmetyczka jest w kolorze bakłażanowym i ma postać lekkiego, płaskiego organizera. W środku - saszetka, lusterko i takie "pętelki" na pędzle, ale można tam zmieścić tusze, pomadki lub błyszczyki. Fajny gadżet, który przyda się na wyjazd.

   W czasie mojej wizyty w sklepie otrzymałam też książeczkę, a w niej 5 loków makijażow z informacją o możliwości umówienia się na bezpłatny makijaż w dowolnym salonie. I to jest właśnie zasadniczy punkt programu całego święta makijażu.  Makijaże  są wykonywane tylko do jutra. Ja umówiłam się i zrobiłam sobie taki profesjonalny make-up już wczoraj.

   Do wyboru jest 5 propozycji:  Szmaragdowa Zieleń (mocne, zielone oko, jasny koral na ustach), Smoky Eyes (to wiadomo), Fiolet Glamour (bardzo piękne fiolety na oczach, wersja bardziej wyjściowa), Subtelny Róż (delikatny, dzienny makijaż, który ja wybrałam) oraz Cynamonowy Brąz (też delikatny, ale trzeba dobrze czuć się w takich cieplejszych odcieniach).

    Pani wizażystka była przemiła, można było dowiedzieć się od wiele na temat makijażu, rozwiać swoje wątpliwości.

   A teraz proszę o wyrozumiałość dla modelki, gdyż chcę Wam pokazać efekty jej pracy. To naprawdę e delikatna wersja makijażu, więc nie spodziewajcie się spektakularnego efektu W takim makijażu można spokojnie pójść do pracy czy na oficjalne spotkanie, gdyż jest bardzo bezpieczny. wygląda się w nim świeżo i młodo.

 

 



 

   Na twarzy mam lekki podkład w jasnym odcieniu utrwalony sypkim pudrem transparentnym, bez bronzera i rozświetlacza. Policzki muśnięte odrobiną różu w odcieniu średni róż. Do makijażu oka  zostały użyte głównie matowe cienie do powiek, z tej nowej serii, na temat których pisałam w jednym z poprzednich postów. Tym razem ich odcienie mnie urzekły: Drzewo różane, Popielaty brąz, połyskujący beż oraz różowy z paletki podwójnych cieni. Do tego czekoladowa kredka i czarny tusz do rzęs Sexy Pulp.

   Dostałam oczywiście też :ściągawkę" z wymienionymi kosmetykami użytymi do wykonania makijażu, tak więc mogę go sobie odtworzyć w domu. Nie  posiadam wszystkich tych kosmetyków, ale spróbuję dostosować kolorystycznie te, które już mam, a jest w czym wybierać...

   Co myślicie o tej akcji? Czy któraś z Was zrobiła sobie taki bezpłatny makijaż korzystając z usług jakiejś innej marki? Wiem, że w Douglasie można było umawiać się na takie makijaże, ale jak jest teraz, to nie mam pojęcia. A może wiecie coś na temat takich możliwości? Napiszcie, proszę, chętnie się dowiem i być może skorzystam.

 

 





poniedziałek, 07 października 2013

   yłam ostatnio na zakupach w Auchan...Nie będzie to jednak żaden haul, bez obaw - zwracam się do osób, które tego typu :przechwalanek "co też ostatnio kupiłam" nie znoszą. Ja bardzo rzadko bywam w tym hipermarkecie, dlatego korzystając z okazji, ruszyłam od razu do działu z kosmetykami. Właściwie to niczego nie potrze4bowałam, ale wrzuciłam do koszyka kilka drobiazgów (dosłownie), wśród których znalazł się również produkt marki Malwa z serii Face Care - Maseczka do twarzy i szyi Peeling enzymatyczny.

   Maseczka znajduje się w podwójnej saszetce, każda saszetka o pojemności 7ml.

   Jest ona przeznaczona do każdego rodzaju cery, w szczególności wrażliwej, naczyniowej, skłonnej do podrażnień.

   Z opisu na opakowaniu wynika, iż jest to delikatny peeling z ekstraktem z miłorzębu, wyjątkowo łagodnie oczyszczający i wygładzający skórę. Zawarte w maseczce enzymy delikatnie usuwają zrogowaciały naskórek. Alantoina i prowitamina B5 łagodzą podrażnienia i pobudzają  regenerację skóry. Ekstrakt z tybetańskiej rośliny Goji rewitalizuje oraz zapobiega starzeniu się skóry. Systematyczne stosowanie nadaje skórze miękkość i gładkość, a także przygotowuje do dalszych zabiegów.

   Ja przyznam szczerze, ze stosowałam kilka peelingów enzymatycznych, ale z żadnego nie byłam zadowolona. Czułam, ze moja skóra na twarzy jest po prostu niedoczyszczona i stwierdziłam, ze to produkt nie dla mnie. Wyszukiwałam więc w miarę delikatnych, drobnoziarnistych peelingów mechanicznych, gdyż takie z grubszymi i ostrymi drobinami podrażniały mnie i powodowały wysyp krostek . Ten peeling kupiłam z czystej ciekawości, bez większych oczekiwań, że zmienię zdanie na temat tego rodzaju kosmetyków. Myliłam się bardzo - czekało mnie prawdziwe zaskoczenie.

   Użyłam peelingu 4 razy, gdyż jedna saszetka spokojnie wystarcza na dwie aplikacje. Stosowałam go 2 razy w tygodniu zgodnie z zaleceniem producenta. Po tych dwóch tygodniach mogę już wyrazić opinię, że to najlepszy peeling enzymatyczny, jaki kiedykolwiek miałam.

   Zacznę od tego, że łączy on w sobie obiecywaną delikatność ze skutecznością w działaniu. Jest naprawdę łagodny i jestem przekonana, że nie podrażni żadnej osoby z naczyniową i wrażliwą nawet bardzo cerą. W czasie aplikacji nic mnie również nie piekło, nie swędziało ani nie szczypało. Peeling ma galaretowatą postać, łatwo się rozprowadza i nie spływa z twarzy. Po zmyciu kosmetyku skóra jest miękka i wygładzona, ale przede wszystkim - super czysta! Doskonale oczyszcza pory, ściąga je i rozjaśnia cerę, w sensie, że staje się ona bardziej promienna. Po dwóch tygodniach zaobserwowałam wyraźne zmniejszenie liczby zaskórników.

   Maseczka ma również niezły skład, gdyż ekstrakt z miłorzębu jest już na 3 pozycji. Są wprawdzie parabeny, ale na bardzo odległych miejscach, daleko za pierwszą dziesiątką. Nikt jednak nie deklarował, że to produkt ekologiczny...

   Ogólnie - produkt jak najbardziej godny polecenia dla wszystkich, a zwłaszcza dla :wrażliwców". Bezpieczny, skuteczny i przyjemny w aplikacji. Chciałam się z Wami podzielić tym odkryciem, gdyż może łatwo go przeoczyć, bo wygląda tak niepozornie. Warto po niego sięgnąć i spróbować, zwłaszcza, że cena też jest zachęcająca. Ja zapłaciłam za niego 1,88zł.

   W najbliższym czasie wyniki testowania moich pozostałych zdobyczy.

Zapraszam na kolejne posty oraz do komentowania - czy miałyście do czynienia z tym produktem, a może znacie inne rewelacyjne peelingi enzymatyczne?

wtorek, 01 października 2013

   Tego jeszcze na moim blogu nie było, ale bardzo lubię oglądać  filmiki z cyklu "ulubieńcy" na YouTube, dlaczego więc sama nie mogłabym  podzielić się z Wami moimi faworytami?

   Moim odkryciem we wrześniu stał się żel myjący  ZIAJA - MED  z serii kuracja antybakteryjna.

   To mój nr 1 na liście ulubieńców, gdyż dzielnie i skutecznie wspiera mnie w walce z białymi grudkami na twarz. Od kiedy myję buzię tym żelem ilość grudek i wszelkich innych niedoskonałości znacznie się zmniejszyła. Żel przeznaczony jest do cery łojotokowej i trądzikowej, ale zupełnie nie przesuszył mojej  skóry. Podkreślam jednak, że stosuję obecnie intensywną pielęgnację nawilżającą, więc może zniwelowała ona jakieś negatywne skutki? Dla mnie posiada on same zalety:

-  pozbawiony jest kompozycji zapachowej

- nie pieni się

- jest niesamowicie wydajny - wystarczy niewielka kropla do umycia całej twarzy

- łatwo się rozprowadza

- już pisałam, ze nie wysusza

- jest skuteczny

- cena - nie pamiętam dokładnie, ale kilkanaście złotych nie stanowi uszczerbku w budżecie, zwłaszcza przy jego wydajności

- opakowanie (200ml) z wygodnym dozownikiem.

   Z czystym sumieniem polecam!

 

Kolejny hit to płyn micelarny L'OREAL, o którym już dawno temu głośno było w internecie.

   Ja nie jestem zwolenniczką płynów micelarnych, a jeśli ich używam, to i tak później myję twarz wodą z żelem. Ten płyn naprawdę dobrze zmywa makijaż, ale zachwycił mnie przede wszystkim działaniem na moje wrażliwe, delikatne oczy. Zupełnie mnie nie podrażnia, a jest przy tym skuteczny, nawet w przypadku mocniejszego makijażu oka. Wszystkim niezdecydowanym - polecam!

   Nie wiem, ile on kosztuje w cenie regularnej, bo kupiłam go na promocji za 11,99zł. Na pewno jednak wyjdzie taniej niż BIODERMA.

   Jeśli mogłabym się jednak do czegoś przyczepić, to chciałabym, żeby był bardziej wydajny...

    Skoro jesteśmy już przy pielęgnacji twarzy, nie mogę nie wspomnieć o moim ulubionym w ostatnim miesiącu duecie:

żel nawilżający HYDRA VEGETAL YVES-ROCHER

   Już o nim wcześniej pisałam i nie chcę się powtarzać, a wszystkich zainteresowanych zapraszam TUTAJ.

 

   krem intensywnie nawilżający SPF25 HYDRA VEGETAL YVES-ROCHER, którego obszerną recenzję znajdziecie TUTAJ.

   Pozostając przy twarzy - kolejny mój ulubieniec to krem BB, a właściwie powinnam użyć liczby mnogiej, gdyż mam na myśli  azjatyckie BB creams.

   Zamówiłam sobie na stronie asianstore.pl próbki i miniaturki różnych kremów:

- GINVERA BB Cream Green Tea Nude Cover SPF30

- Bio-essence Bio Multi-Effect BB Cream SPF25

- SKIN79  VIP Gold Collection

- Lioelle - ten w słodkim różowo - białym opakowaniu, ale zapomniałam dokładnej nazwy kremu, a na opakowaniu wszystko po koreańsku :(

 

   Używałam tych kremów w moim codziennym makijażu zamiast podkładu, aplikując jednak swój krem nawilżający. Efekt na skórze naprawdę rewelacyjny. One sa dość jasne, więc świetnie pasują do mojej bladej cery. Moim ulubieńcem jest ten krem  ze SKIN79, gdyż nie tylko ładnie rozświetla cerę, ale też ją wygładza. Podkładu zacznę używać chyba dopiero zimą...

   Kolejny kosmetyk stał się moim ulubieńcem na nowo, dzięki nowemu zastosowaniu, odmiennemu od jego przeznaczenia... Mam na myśli peeling do stóp Yves-Rocher. Uwielbiałam go "od zawsze" jako kosmetyk do pielęgnacji stóp, gdyż fantastycznie usuwa martwy, zgrubiały naskórek i relaksuje stopy. Oczywiście tylko dla wielbicieli zapachu lawendy - bardzo naturalnego, nie w stylu odświeżacza do toalety.

      Peeling jest na tyle ostry, że znalazłam dla niego inne zastosowanie. Usłyszałam bowiem, że takie ostre peelingi można wykorzystać  awaryjnie do zrobienia...manicure. Po prostu  masujemy nim paznokcie, a skórki pięknie się odsuwają. możecie wykorzystać dowolny peeling, ważne, żeby miał ostre drobinki.

   Będąc przy paznokciach muszę wspomnieć o pewnym duecie, ale nie chodzi mi o te konkretne produkty, które wskażę, lecz o efekt, jaki dzięki nim uzyskałam na moich paznokciach. Może więc od efektu zacznę: matowe, stare złoto. Idealne na na  złotą, polską jesień, a w dodatku wyczytałam, że w tym sezonie bardzo modny jest mat na paznokciach. Ja uzyskałam swój złoty manicure dzięki złotemu lakierowi SEPHORA oraz lakierowi nawierzchniowemu matującemu INGLOT.

   Lakierów SEPHORA  nie lubię, gdyż jako jedyne znane mi lakiery odpryskują mi z paznokci. Jednak w połączeniu z top coatem z INGLOTA lakier ten sprawdził się nieźle. Manicure zmyłam po 6 dniach, a prezentował się nadal całkiem dobrze - odprysków z pewnością nie było. Efekt ten możecie uzyskać oczywiście przy pomocy złotego lakieru Waszej ulubionej marki.

Cena lakieru SEPHORA  to 19zł, a lakier INGLOT kosztuje 27zł.

 

    Tak przedstawiają się moi ulubieńcy września. Jest to mój debiut, a więc nie ma ich zbyt wielu. Obiecuję, że z czasem się rozkręcę.

   Mam też prośbę o komentarze, czy taki cykl znajdzie wśród Was zainteresowanie? Będę wdzięczna za opinie.



Tagi
KobietaMag.pl - Klub Urody